Trasa została zrealizowana w terminie 29.07.2025r. - 09.08.2025r.
Mapy dziennych przejazdów rowerem:
Pociągi:
Podczas pobytu w Danii dwukrotnie korzystaliśmy z transportu kolejowego: Køge do Kopenhagi oraz z Kopenhagi do Helsingør. Kupiliśmy bilety za pomocą Internetu. Skorzystaliśmy z kolei miejskiej, w której rower podróżował bezpłatnie. Peron kolei miejskiej w Køge znajduje się na poziomie i jest łatwo dostępny dla rowerzystów, a same pociągi odjeżdżają do stolicy co 20 minut.
W Kopenhadze wysiedliśmy w samym centrum, blisko najważniejszych zabytków miasta. Do Helsingør jechaliśmy pociągiem regionalnym, po 19:00. Tym razem musieliśmy kupić oddzielny bilet na rower. Na peron dostaliśmy się windą.
W Szwecji korzystaliśmy z pociągu relacji Malmö – Trelleborg. Bilet również kupiliśmy przez Internet. Tutaj trudniej było się zorientować, w jaki sposób dostać się z rowerem na odpowiedni peron. Skorzystaliśmy z wind mimo, iż widzieliśmy naklejony na nich zakaz przewożenia rowerów. Jak inni rowerzyści leganie dostają się na perony, pozostaje dla nas zagadką. Jechaliśmy pociągiem regio, więc mieliśmy wykupiony bilet również na rower. Czy wszystko udało nam się prawidłowo kupić? Tego do końca nie wiemy, gdyż konduktor, zerknął tylko w telefon i zniecierpliwiony machnął ręką. Pociąg z Malmö był dość zatłoczony, była matka z wózkiem, rowerzyści z przyczepką, a miejsca na rowery nie jest zbyt dużo. W oznaczonym przedziale znajdowały się trzy wnęki z trzema złożonymi siedzeniami, więc dłuższy rower słabo się w nich mieścił. Do samego Trelleborga, jechaliśmy już sami.
Noclegi:
Ogólne obserwacje:
Ścieżki rowerowe w części Danii, którą eksplorowaliśmy, były często jednokierunkowe, oddzielone pasem zieleni od biegnących równolegle głównych dróg dojazdowych. Nawierzchnia była gładka, asfaltowa, bez krawężników. Rzadko zdarzały się szutry. W małych miejscowościach chodnik dla pieszych łączył się ze ścieżką dla rowerów. Jeśli trasa rowerowa przechodziła z jednej strony na drugą, jechało się specjalnymi tunelami pod szosą. W miastach, na deptakach lub w zabytkowej części, zwykle występowała kostka brukowa. Trasy turystyczne były bardzo dobrze oznakowane. Jeździło niemi dużo rowerzystów. Często były to rodziny z małymi dziećmi. W Danii mijani rowerzyści zawsze się pozdrawiali. Łatwo było nawiązać kontakt i zamienić choć parę słów. Trochę inaczej było w Szwecji. Tu drogi rowerowe były raczej dwukierunkowe, prowadzone po jednej, lub po drugiej stronie szosy. Ludzie już mniej okazywali sobie sympatię.
Życie towarzyskie:
Duńczycy uwielbiają obocwać z przyrodą, dlatego na terenie państwa znajduje się sporo prymitywnych biwaków, na których można spędzić jedną noc. Nie straszne Duńczykom deszcz i wieczorny chłód. Maluchy, w letnich strojach, biegały i bawiły się na dworze bez względu na pogodę. Na kempingach zwykle panuje spokój. Całkowita cisza zapadała w okolicy 22:00. W miejscowościach nadmorskich, nawet w porcie restauracje zamykane były o 21:00. Często byliśmy w nich ostatnimi gośćmi. Podobnie było w Szwecji. Mieszkańcy tego rejonu są odporni na wiatr i chłód wiejący od morza. Często byli lekko ubrani, podczas gdy my, mieliśmy na sobie przeciwwietrzne i przeciwdeszczowe kurtki oraz spodnie. Nawet w akademickim i turystycznym mieście, jakim jest Lund, życie towarzyskie w knajpach zamierało o 23:00. Jeśli skończyłeś pić piwo, kelner grzecznie prosił o opuszczenie lokalu i wszyscy bezwzględnie tego przestrzegali.
Zakupy:
Zaopatrywaliśmy się w sklepach typu Netto lub Lidl. Zaobserwowaliśmy, iż Lidl miał lepszą ofertę np. pieczywa. W marketach nie sprzedawano alkoholi wysoko procentowych, jedynie piwo. Dla nas najlepsze były sklepy sieci Meny, gdyż w nich często były oddzielne stoiska piekarskie, w których znajdowało się kilka stolików. Można było zjeść coś słodkiego i napić się kawy.
Pogoda:
Przez cały pobyt w Danii pogodę mieliśmy w kratkę. Oprócz wizyty w Kopenhadze nie było dnia, by nie padał deszcz, a jednego dnia lało aż do późnego popołudnia. Poznaliśmy różne rodzaje deszczu: krótki i zlewny; drobny, mniej obfity, ale gęsty; całkiem mały, ale siąpiący dość intensywnie. Zaletą pogody w Danii na przełomie lipca i sierpnia była, mimo deszczu, dość wysoka temperatura - w granicach 20 stopni. Często w trakcie jazdy pojawiało się też słońce, które suszyło nasze ubrania, a pod wieczór całkiem się wypogadzało. W Szwecji deszcz padał zwykle w nocy, w ciągu dnia było słonecznie, ale bardzo wietrznie. Pozwoliło to na wysuszenie naszego sprzętu biwakowego, który zalatywał już wilgocią. Jadąc z północy na południe, mieliśmy wiatr z boku i w plecy, co było bardzo dobrą opcją. Mimo tego trudno było się przyzwyczaić do panującego tu chłodu. Na kempingach szukaliśmy zwykle zamkniętych pomieszczeń, w których można było zjeść, podczas gdy Szwedzi stołowali się na powietrzu.
Zwiedzanie:

Szczegółowy opis wyprawy
Dzień 1, Zgorzelec - Łęknica do Bronowic- 77km
Rozpoczynamy naszą podróż od zwiedzania Zgorzelca. Ze stacji PKP, wyglądającej trochę ubogo, ruszamy w kierunku miasta. Budynki w tej części sprawiają wrażenie zaniedbanych. Im bliżej Nysy Łużyckiej, tym robi się ładniej. Przysiadamy w małej cukierni tuż za rondem ulic: Kościuszki, Daszyńskiego, Piłsudskiego i oglądamy dość duży ruch samochodowy na most w kierunku Niemiec. Zastanawiamy się, czemu tu wszystko wygląda tak mało turystycznie? Zagadka rozwiązuje się po zjechaniu nad rzekę. Urocze kamieniczki, Muzeum Łużyckie, kilka restauracji, znalazły swoje miejsce tuż przy Moście staromiejskim Zgorzelec - Görlitz. To właśnie po stronie niemieckiej znajdują się najcenniejsze zabytki. Kręcimy się po rynku dolnym i górnym szukając wszystkich atrakcji: ratusza, kamienic, wieży, synagogi itp. Dość dużo czasu zajmuje nam obejrzenie obiektów tylko z zewnątrz. W dalszą trasę ruszamy późnym popołudniem. Jedziemy drogą rowerową D12. Jest to gładki pas asfaltu, który prowadzi początkowo przez małe miejscowości w okolice Nysy. Przed wjazdem na rozległe równiny mijamy lokalne bary, wiejskie muzea, ale wszystko jakby wymarłe. Jest poniedziałek, może właściciele odpoczywają po weekendzie? Po jakimś czasie trasa przyprowadza nas do wsi ze sklepem spożywczym. Zaopatrujemy się w prowiant na dalszą drogę. Zjeżdżamy nad Nysę. Krajobraz jest dość monotonny: pola, równo przystrzyżona trawa, wijąca się między wałami niebieska wstęga asfaltu. Wszystko to trochę usypia. Jakość nawierzchni jest doskonała. Pędzić można na szosowych oponach jak strzała. Jest tylko jedno ale... Od razu odczuwamy podstawowy błąd naszej wyprawy, który już na początku uświadomił mi Mirek. Jedziemy cały czas pod wiatr. Po jakimś czasie krajobraz się zmienia. Wjeżdżamy w obszar lasu, w pewnym momencie na skrzyżowaniu widzimy bajkową reklamę, kierunek - Turisede. Skręcamy. Słońce jest już dość nisko i nagle na ścieżce straszą nas odgłosy stojących wzdłuż drogi stworów. Szybko dojeżdżamy do bajkowego zakątka i kładki na Nysie. W poniedziałek jest tu pusto i tym samym bardziej tajemniczo. Wracamy do naszej trasy i już widzimy przyczynę smętnego klimatu. Główna droga jest w remoncie. Na szczęście dla rowerów zawsze znajdzie się jakiś przejazd, więc trochę bokiem, trochę po remontowanych odcinkach, pokonujemy kilometry w kierunku Bad Muskau (Mużaków). Za odcinkiem remontowym pędzimy już szosą w lesie. Dziwi nas trochę ogrodzony las, ale z tablic dowiadujemy się, że są to fragmenty poligonu. Zostaje nam 6 km, gdy skręcamy na polską stronę, do Łęknicy. Kluczymy trochę w lewo, trochę w prawo, by wbić się na most, którym przekraczamy granicę. W ostatnich promieniach słońca fotografuję Pałac w Łęknicy. Robimy przystanek na terenie parku, pod wiatą. Sterta pozostawionych śmierci przypomina, że jesteśmy w Polsce. Już przy zapalonych lampkach docieramy na nocleg na Camping Family w Bronowicach.
Dzień 2, Mużaków- Forst do Teubendorf (Camp deulo)– 72km
Wyruszamy z Bronowic i w Łęknicy znowu napotykamy remont drogi. Jedziemy do Parku Geoturystycznego na terenie dawnej kopalni Babina. Zachwycamy się widokiem szmaragdowych jeziorek, wchodzimy na wieżę widokową, z której rozlega się wspaniały widok na okolicę. Trasa rowerowa gładko prowadzi nas z kopalni do Bad Muskau, a niemieckie napisy na sklepach, rodzą pytania. Polska to czy Niemcy? Wjeżdżamy na teren rozległego Parku Mużaków. Już z oddali widzimy zamek. Ups... Jak zrobić ładne zdjęcie, gdy otaczają go rusztowania? Kupujemy bilety. Wyposażenia zamek praktycznie nie ma, ale Niemcy są pomysłowi. Wnętrza pałacu zajmują nowoczesne wystawy multimedialne. Wszystkie informacje oraz filmy są także w j. polskim. Wchodzimy na wieżę, przysiadamy na szybką kawę. Objeżdżamy zamek i zaglądamy na ryneczek w wiosce. Tu dopiero w towarzystwie „lokalsów” zajadamy się pysznymi "kuchenami". Znowu jest mocno popołudniu, gdy udajemy się w dalszą trasę. Dobrze, że drogi są gładkie i jeździe się, jak po sznurku, wytyczoną trasą, nad Nysą. Teraz częściej widzimy ją z wałów. Wjeżdżamy w obszar Köbeln. Docieramy do Zelz. Cały teren wałów, którym się poruszamy jest ogrodzony, zatrzymujemy się co jakiś czas przed furtkami. Niepokój mija, gdy można je swobodnie otworzyć. Pod mostem, w miejscowości Klein Bademeusel przekraczamy szosę A18. Wbijamy się na trasę L49 i wciąż jedziemy wzdłuż Nysy. Co jakiś czas mijamy spiętrzenia oraz elektrownie wodne, a to po polskiej (Elektrownia Zasieki), a to po niemieckiej stronie. Chciałoby się zajrzeć na drugą stronę, ale oprócz dwóch, zagrodzonych, zardzewiałych, kolejowych mostów, nie widzimy możliwości przejechania. Mosty drogowe zostały zniszczone podczas II wojny i nie zostały odbudowane. Świadczą o tym ich poszarpane, urywające się gwałtownie fragmenty. To właśnie atrakcja miasteczka Forst. Bardzo chcieliśmy dostać się na polską stronę, by zobaczyć miasto widmo, czyli zarośnięte pozostałości. Niestety tym razem się nie udało. Zjeżdżamy z trasy rowerowej do Forst obejrzeć budynek Kościoła św. Mikołaja, mijamy zamknięty ogród różany. Szukamy starówki. Zamiast tego przejeżdżamy deptakiem rozglądając się za jakimś barem. Nic tu jednak nie ma, wracamy więc nad rzekę. Przegapiliśmy jedyną czynną restaurację nad Nysą, a kolejnych, po trasie, już nie ma. Wyjeżdżamy z miasteczka zawiedzeni. Teraz trasa prowadzi jakby nasypem kolejowym. Jedziemy w tunelu drzew. Na chwilę zatrzymujemy się przy budynku Wasserwerk in Griesen, chyba śluzy. Robię zdjęcie stojącego tu samolotu. Moje przypuszczenia, że jedziemy dawną drogą kolejową się potwierdzają. Robę zdjęcie budynku starej stacji Griesen. Udajemy się do Teubendorf, a potem nad jezioro Deulowitzer See, na Camp deulo. Jest już mocno po dwudziestej, gdy docieramy na miejsce. Znajdujemy dyżurnego recepcjonistę, który nalicza dodatkowe 10 euro za spóźnienie i daje klucz do węzła sanitarno-kuchennego.
Dzień 3, Gubin- Rotzdorf- Eisenhuttenstadt- Viessensu do Urad (Caming Radlerhof)– 69km
Zwijamy jeszcze trochę mokry namiot, bo całą noc padało. Przed nami trasa do Gubina. Wiatr jest silny i przygania ciężkie chmury, z których co jakiś czas obficie leje. Chowamy się pod daszkiem bloku. Na szczęście do mostu jest niedaleko. Szybko docieramy do Gubina. Miasto widać już z nabrzeża Nysy. Tuż za mostem zza ładnego ratusza miejskiego, wyłania się wieża ruin kościoła farnego św. Wawrzyńca oraz centrum handlowe z kawiarnią w środku. Tu udaje się nam przeczekać kolejną ulewę. Już w blasku słońca szukam centrum informacji turystycznej, żeby zdobyć pieczątkę. Udaje mi się to w Urzędzie Miejskim, mieszczącym się w zabytkowej kamienicy na Piastowskiej. Cała ulica pełna jest historycznych budynków. Jedziemy stromo pod górę, na taras Villa Wolfa, na którym znajdujemy pamiątkowy kamień i tablicę informacyjną. Trochę zawiedzeni zjeżdżamy nad Nysę, na wyspę z fragmentami schodów i łuków teatru. Wracamy na niemiecką stronę i kontynuujemy podróż szlakiem D12. Przejeżdżamy przez Cochen, w stronę Rotzdorf. Tu właśnie Nysa wpada do Odry. Z wału, z powodu sporej odległości i roślinności, widać niewiele. Za to Odra prezentuje się okazale. Rozsiadamy się na punkcie widokowym, nie zauważając położonego nieopodal baru. Kierujemy się do Eisenhüttenstadt. Miasteczko jest śliczne. Okrążamy rynek, robię zdjęcie pomnika poświęconego armii radzickiej, kolorowym kamienicom, oraz małym domkom. Aż chciałoby się na chwilę rozgościć w tutejszej restauracji, ale jest już dość późno, a przed nami jeszcze kawałek drogi. Odbijamy z wałów do miasteczka Viessensu. Błąd! Camping, który mamy na mapie, jest nieczynny. Właścicielka tłumaczy nam, że musimy zawrócić 10km do miasteczka Urad, na Camping Radlerhof. Wracamy więc. Camping znajdował się przy samych wałach, oferował nie tylko fajny nocleg, ale również zimne piwo. Nic dziwnego, że oblegali go rowerzyści z Polski.
Dzień 4, Frankfurt (Oder)- Słubice- Lubusz do Camping Fischereihof - 67km
Wyruszamy zadowoleni z udanego noclegu. Słońce mocno przygrzewa, Odra jest ładnie widoczna, a do Frankfurtu jest tylko ok. 9 km. W małej miejscowości Brieshof, zaciekawia mnie wędka z wiszącą pluszową rybą oraz duży napis: Fischer Schneider. Wiem, że koniecznie musimy się tu zatrzymać. To lokalna wędzarnia, sklepik z rybami i możliwość zjedzenia Fischbrötchena. Nie pomyliłam się. Wystrój jest klimatyczny, obsługa też, a kanapka z rybą, palce lizać!
Wytyczona równolegle do szosy ścieżka rowerowa doprowadza nas do Frankfurtu nad Odrą. Wjeżdżamy na rozległy skwer, w centrum którego znajduje się pomnik ku czci żołnierzy radzieckich poległych w kwietniu 1945. U podnóża leżą płyty z nazwiskami poległych, a w oddali widnieją wieże kościoła. Udajemy się na wyspę na Odrze zwaną "Wyspą kozią" - Ziegenwerder. Jest to zielony obszar porośnięty drzewami z licznymi alejami spacerowymi, miejscami do wypoczynku, punktami widokowymi i plażą odrzańską. Jedziemy jedyną ścieżką rowerową. Mostem północnym dostajemy się na Europaplatz i dalej do Kościoła Mariackiego St. Marien Kirche – w stylu ceglanego gotyku. Więcej...
Wnętrza są puste, przerobione na salę koncertową oraz galerię. Najcenniejszą rzeczą kościoła są oddane przez Rosjan witraże. Znajdują się one w ołtarzu głównym, przedstawiają diabły oraz różne sceny biblijne. W pobliżu gotyckiej budowli znajduje się ratusz miejski, otoczony kolorowymi kamienicami, Uniwersytet Europejski Viadrina.
Znajdujemy jedyny wolny stolik pod markizetą i przysiadamy w kawiarni na rynku, na tyłach Kościoła St. Marie. Przyglądam się gościom. Większość z nich stanowią starsze panie, które spotykają się na pogaduszki przy kawie i ciastku. Niechętnie opuszczamy miejsce, ale przed nami jeszcze jedna atrakcja Kościół ewangelicki św. Gertrudy. Nie wiemy, jak tam wejść. Kręcimy się na dole, gdzie pełno sal, toalety, klatka schodowa. Nie podajemy się, trochę nietypowo, po schodach dostajemy się na pierwsze piętro. Ku naszej wielkiej radości widzimy wnętrze świątyni. Przechowywane są tu skarby z Kościoła Mariackiego. Mamy więc okazję obejrzeć średniowieczne dzieła sztuki, m.in. ołtarz maryjny z 1489 roku, brązową chrzcielnicę z 1376 roku ozdobioną 41 płaskorzeźbami i potężny siedmioramienny brązowy lichtarz z drugiej połowy XIV wieku, „opierający się” na czterech rzeźbach przedstawiających orły. Więcej...
Jestem zadowolona z tego odkrycia, kierujemy się nad Odrę i szukamy najlepszej drogi na polską stronę do Słubic. Po trasie mijamy Halę koncertową im. Carla Philippa Emanuela Bacha. Robię zdjęcie ogromnym, rzeźbionym drzwiom. Fotografuję też stojący naprzeciwko kościół Friedenskirche. Dalej jest już most graniczny, którym przejeżdżamy do Słubic. Wybieramy ulicę, która prowadzi wśród ładnych uliczek, do Placu Bohaterów. Zwiedzanie miasta traktujemy po macoszemu. Zaglądamy jeszcze na Plac Wolności, jemy obiad w restauracji, w jednej z małych kamienic i wracamy tą samą drogą na niemiecką stronę. Tu już wbijamy się na nasz szlak Oder-Neise-Radweg. Podążamy B112, przez polsko brzmiące miejscowości: Łosowo, Cieszonowo wzdłuż Odry do Lubusz. Tu oglądamy Kościół Farny św. Marii. Wspinamy się punkt widokowy, z którego roztacza się piękny widok na miasteczko i Odrę. Restauracja „Oderblick” - tuż przy rzece, jest pełna gości, więc ruszamy dalej. Nocujemy na malowniczym campingu Fischereihof Schneider. Tu mamy bliskie spotkanie z dwójką bocianów, które wieczorną porą, jak my, zajrzały do baru.
Dzień 5, Kostrzyń nad Odrą, Kienitz, Neuendorf, Siekierki do Cedyni - 84km
Reportaż zdjęciowyRano budzi nas świergot ptaków, na pobliskiej czereśni. Zanim opuścimy przyrodniczy zakątek, fundujemy sobie buły ze śledziem w roli głównej. Tak pokrzepieni udajemy się w dalszą drogę, do mostu na Odrze, którym to docieramy do Kostrzyna. Ze starego miasta pozostały jedynie gruzy. Zwiedzam wystawę poświęconą miastu, mieszczącą się w Bastionie Filipa. Wyjeżdżamy z twierdzy na tyłach bazaru i hotelu przy ruchliwej trasie 31. Siadamy w Macdonald na kawie, zastanawiając się nad dalszą drogą. Kilometrów do biwaku przed nami jeszcze sporo, pogoda niepewna, więc postanawiamy tym razem zanocować w hotelu, w Cedyni. Wracamy z powrotem na niemiecką stronę. Za mostem, w Kostrzynie moją uwagę przykuwają piękne, stare, opuszczone wille. Pędzimy dłuższy czas, zatrzymujemy się dopiero w Kienitz, gdzie znajduje się pamiątkowy obelisk szturmu Armii Czerwonej przez Odrę i zdobycie przyczółku 31 stycznia 1945r. Robię zdjęcie pamiątkowej tablicy, informacje są w j. niemieckim. We wsi zaciekawia nas kościół, który jest częściowo w ruinie, a na którego terenie znajduje się kawiarnia. Siadamy w nieodbudowanej części budynku, pod parasolem na kawie. We wsi, na centralnym placu stoi czołg T34 z tablicą boczną 109. Literujemy słowa, żeby coś wywnioskować. W tym momencie przypomina się nam film „Czterej pancerni i pies”. Ruszamy dalej na szlak. Widzimy rozlewiska Odry, mały port, z restauracją, dalej z wałów dostrzegamy budynek startego młyna z napisem „Galeria Cafe”. Atrakcji jest coraz więcej. W Neuendorf mijamy zabudowania elektrowni, most przewieszony nad wałem, stare wagony kolejowe. To miejsce nazywa się Kulturhafen Groß Neuendorf. Aż chciałoby się zatrzymać, ale niedawno robiliśmy postój, więc tym razem jedziemy dalej. Widoki są coraz ładniejsze, spacerowiczów na wałach też coraz więcej. W Grosneuindorf mijamy ukwieconą restaurację. Tym razem robimy krótką przerwę na piwo. Z tarasu podziwiamy zachód słońca nad rozlewiskami Odry. Stąd już niedaleko do kolejnej atrakcji - Eurobritch, mostu w Siekierkach. Jesteśmy zachwyceni. Brzegi rzeki spina metalowa konstrukcja z wieżą widokową, przeznaczona tylko dla pieszych i rowerzystów. Kiedyś był tu most kolejowy. Dodatkowe pomosty umożliwiają obserwację fauny i flory. To najpiękniejsza inwestycja, jaką widzieliśmy. Dalej droga prowadzi wąskim nasypem wśród gęstwiny lasu. O dawnej linii kolejowej świadczy stary budynek stacji Siekierki. Do Cedyni czeka nas odcinek morenowy: górki i zjazdy. Mijamy miejscowości Żelichów, Golice, by wieczorną porą dotrzeć do Cedyni.
Dzień 6, Cedynia- Osinów Dolny- Stolpe- Criwen- Szwedt- Gartz do Gryfina – 87km
Reportaż zdjęciowy
Zwiedzamy Cedynię. Miasteczko jest położone na wzgórzach. W małym rynku zaglądamy do Muzeum. Oprócz ciekawych pamiątek, przewodnik opowiada o dziejach regionu. Jedziemy do dawnego klasztoru cysterek (klasztor żeński), w którym obecnie mieści się restauracja i hotel. Więcej
Uprzejma kelnerka otwiera nam galerię na piętrze. Oglądamy obrazy, przy kawie kontemplujemy piękne otoczenie klasztoru. Po godzinie wracamy do Cedyni. Ścieżka rowerowa wyprowadza nas z miasteczka. Mijamy potężne wzniesienie, uwieńczone pomnikiem - Górę Czcibora. Więcej...
Kierujemy się do wsi Osinów Dolny, jest tu duży ruch samochodowy. Przekraczamy granicę mostem na Odrze. Potem jest już spokojniej, zjeżdżamy na naszą trasę. Po drodze widzimy śluzy, mostki i starą Odrę. Czasem jedziemy środkiem grobli i mamy wodę po obu stronach. Docieramy do wioski - Stolper Turm. Tu zwiedzamy wieżę. W kolejnej wsi - Stützkow robię zdjęcie kościoła. Potem zaglądamy na teren parku i pałacu w Criewen. Dojeżdżamy do malowniczego Szwedt. Tu podziwiamy odrestaurowane kamienice, kościół Św. Katarzyny. Na głównym deptaku, w „Gasthouse” odpoczywamy przy szklance piwa. Nie ma się co spieszyć i tak na nocleg, dotrzemy po ciemku. W blasku popołudniowych promieni słońca dojeżdżamy do miejscowości: Gatow, a już przy sztucznym świetle fotografuję zabytki Gartz: kościół Św. Szczepana, dom szachulcowy, średniowieczne mury miejskie z Bramą Szczecińską (Stettiner Tor), Wieżą Bocianią i Basztą Prochową. Przy blasku lampek rowerowych pokonujemy dalsze kilometry Międzynarodowego Parku Dolina Dolnej Odry, w nocy przekraczamy mosty na Odrze Zachodniej, a potem Wschodniej i po 22:00 docieramy do Gryfina, na nocleg do ośrodka OSiR.
Dzień 7, Gryfino - Szczecin - 38km
Nareszcie trasa zapowiada się krótka. Zwiedzanie Gryfina znaczymy od kościoła Narodzenia Najświętszej Maryi Panny, położonego w centrum miasta. Jak większość świątyń na tych terenach wnętrze jest bardzo surowe. W pobliżu budowli fotografuję bramę Bańską stanowiącą fragment murów obronnych. Więcej...
Trochę dalej od centrum jedziemy zobaczyć Pałacyk pod lwami. Obecnie mieści się tam Gryfińskie Centrum Kultury. Szkoda, że w sezonie turystycznym wejście na teren jest zamknięte. Więcej...
Zniesmaczeni jedziemy na odrzańskie bulwary. Tu także wieje pustką. Wszystko zamknięte. Nie mam gdzie zdobyć pieczątki. Wracamy na mosty i niemiecką stronę licząc na przyrodnicze widoki. Trasa bowiem prowadzi po terenach zalewowych i bagiennych. O tej porze roku bujna roślinność: krzewy i trawy skutecznie wszystko zasłaniają. Z widoków nici. Wjeżdżamy na trasę - Interreg prowadzącą do przejścia w Kołbaskowie. Słupy graniczne polskie i niemieckie stoją tu w odległości metra. Tuż przed przejściem granicznym zjeżdżamy z wygodnej trasy rowerowej i jedziemy do wsi Kamieniec. Komfort jazdy pogarsza się gwałtownie. Nierówny, połatany asfalt przypominają nam, że jesteśmy w kraju. Fotografuję Kościół filialny p.w. Bożego Ciała w Kamieńcu, podjeżdżam pod ogrodzenie dworku, który stoi w pobliżu. Z góry szybko spadamy do miejscowości Moczyły obejrzeć ruiny kościoła.
Więcej...
Pozostałą drogę do Szczecina zmieniamy, by uniknąć podjazdu. Decydujemy się na widniejący na mapie Szlak Św. Jakuba. Błąd! Już po kilku metrach asfalt się kończy, jedziemy polną drogą wśród łąk, skrajem lasu, po śladach maszyny rolniczej. Nad rzeką wjeżdżamy w gęstwinę, teren staje się grząski, brniemy w błocie. Wszystko to, na szczęście, trwa kilka kilometrów. Docieramy do drogi, pod most na autostradzie A6, napotykając zdziwionych turystów, który żartują z obranej przez nas trasy. Stąd prowadzą piękne ścieżki wzdłuż Odry Zachodniej. Mijamy spacerowiczów, pijemy kawę w domowej kawiarence. Od Siadło Dolne do Kurowa prowadzi ścieżka rowerowa, ale część drogi jest w remoncie. W Kurowie zauważamy reklamę „Dworek Kurowski”. Zatrzymujemy się tu na obiad. Jedziemy szosą do Ustowa, a potem już lokalnymi drogami, a nawet windą dojeżdżamy na bulwary Odry w Szczecinie.
Wieczór świętujemy w tym piękny mieście. Zaglądamy na dziedziniec Pałacu Książąt Pomorskich, do Bazyliki Archikatedralnej świętego Jakuba Apostoła, na Rynek Sienny. Kręcimy się w starej części miasta, przyglądając się starym kamienicom. Pozostałe zabytki: Brama Królewska, Kościół św. Jana Ewangelisty, Gmach Opery Narodowej itp. Oglądamy następnego dnia. Nocujemy po drugiej stronie Bazyliki, w hotelu Campanile, do którego prowadzi kładka pieszo-rowerowa.
W poniedziałek opuszczamy Szczecin, kończąc tym samym wspaniałe 7 dni rowerowej przygody nad Nysą Łużycką i Odrą.
Po całonocnej jeździe pociągiem, byliśmy we Wrocławiu wczesnym rankiem. Na przesiadkę w Zgorzelcu mieliśmy tylko kilka minut i trochę niepokoił mnie ten fakt, gdyż nasze rowery były mocno obładowane. W dodatku pociąg z Wrocławia wyjechał z kilkuminutowym opóźnieniem. Okazało się, konduktor powiadomił o opóźnieniu, więc pociąg do Drezna czekał na przesiadających się. Zaraz po wyjściu razem z tłumikiem udaliśmy się na blisko położony peron. Na szczęście nie było podziemnych tuneli, ledwie kilka stopni, a z boku podjazd dla wózków i rowerów. Podróż ze Zgorzelca do Drezna zajmuje około półtorej godziny. Jechaliśmy wygodnym, składem z miejscami na rowery umieszczonymi tradycyjnie przy WC i składanymi siedzeniami.
Ciekawostką pociągu na tej linii było miejsce dla matki z dzieckiem kolorowe, jak w przedszkolu, z klockami zamieszczonymi w szybie wagonu.
Nasz pociąg skończył bieg na stacji Drezno BH, dosłownie, gdyż dalej nie ma torów. Sam budynek wygląda okazale i jest położony blisko centrum i najważniejszych zabytków. Już jadąc z dworca chcieliśmy przyjrzeć się miastu, chociaż dokładniejsze zwiedzanie mieliśmy w planach następnego dnia. Pojechaliśmy więc w kierunku “Starówki”, mijając po drodze pokaźne kamienice, Fustenzug - płaskorzeźby na ogrodzeniu zamku, katedrę Frauenkirche tarasy Zwingera, gmach opery itp. Przejechaliśmy na drugą stronę Łaby by znaleźć zabytkowy sklep mleczarski. Wnętrze tego niezwykłego obiektu wyłożone jest kolorowymi, porcelanowymi kafelkami. Można tu kupić różne rodzaje sera, inne wyroby z mleka oraz skonsumować je na miejscu stojąc przy wysokich stolikach. W sieni kamienicy są schodki, prowadzące do położonej na piętrze restauracji. Tu właśnie dopadł nas ulewny deszcz, który straszył nas od rana. Na szczęście padało niezbyt długo, więc mogliśmy dalej eksplorować Neustadt - nową dzielnicę o specyficznym klimacie - dużo azjatyckich kafejek i piwnych pubów, wymalowane na murach graffiti, puste ulice przed południem. Znaleźliśmy Kunsthofpassage - pięć połączonych ze sobą podwórek XIX-wiecznych kamienic, które wymalowane zostały w artystyczny sposób. Po ścianach niektórych biegały egzotyczne zwierzęta, na innych były geometryczne wzory, a na jednej połączone rynny wykonano w kształcie trąbek i piszczałek, które podobno grają przy deszczowej pogodzie. My nic nie słyszeliśmy, zamiast tego przeszliśmy się wąskimi uliczkami, zajrzeliśmy w różne zaułki pełne małych sklepików i kafejek.
Będąc już po właściwej stronie rzeki udaliśmy się w kierunku Pirny. Po drodze zatrzymaliśmy się w miejscowości Pillnitz by obejrzeć park i pałac. Budynek ma cechy japońskie, był letnią siedzibą władców Saksonii. Tu kupiliśmy Kartę Krainy Zamków ważną 10 dni (oficjalna strona).
Pałac był otwarty więc liczyliśmy, że nawet w poniedziałek będzie można go zwiedzić. Niestety większość budynków była w remoncie. Wnętrza były zamknięte, więc zobaczyliśmy tylko ogród.
I tym razem ulewny deszcz zdołaliśmy przeczekać pod zamkowymi arkadami. Wydłużyło to znacznie czas przeznaczony na realizację planu przewidzianego na ten dzień - dotarcie do mostów Bastei. Do Pirny jechaliśmy trasą wzdłuż Łaby. Plany dotarcia do mostów znowu pokrzyżowała ulewa, więc zwiedzanie zostawiliśmy na następny dzień. Zaczekaliśmy na przejście nawałnicy w pobliskim Netto, który oprócz dyskontu, miał piekarnię - Bäckerei, gdzie można było wypić kawę i zjeść coś na słono i słodko. (Takie piekarnie są dość popularne w Niemczech).
Dobrze, że formalności na kempingu w Pirnie załatwiliśmy w godzinach pracy recepcji, gdyż dostęp do węzła sanitarnego (WC oraz pryszniców) umożliwiał elektroniczny klucz.
Z kempingu w Pirnie droga rowerowa do Bastei prowadzi gładko po asfalcie wzdłuż Łaby. Rzekę widać w całej okazałości, po obu zaś jej stronach mija się wzgórza, od południa porośnięte winnicami. Widoki jak z obrazka: gdzieś na wzgórzu przycupnięta wioska, czasem jakiś kościół lub zamek. Ten fragment Niemiec nazywany jest Szwajcarią Saksońską. Pierwszą malowniczą miejscowością po trasie, w której się zatrzymaliśmy był Stadt Wehlen. Uwagę zwraca tu mały rynek z ratuszem i kościołem Radfahrerkirche, kilka ukwieconych kamieniczek, w których mieszczą się restauracje. Z rynku, po lewej stronie od kościoła można wspiąć się na taras widokowy z ruinami Burgruine Wehlen. Pozostałości twierdzy są dostępne dla zwiedzających, którzy mogą zobaczyć piwnice i fragmenty murów. Wzgórze twierdzy jest jednocześnie tarasem widokowym, z którego doskonale widać rynek miasta Wehlen i dolinę rzeki Łaby. Na szczycie bierze początek jakiś pieszy szlak.
My wróciliśmy do naszych rowerów i pojechaliśmy dalej do miejscowości Rathen. Podobnie jak we wcześniejszym Wehlen, tak i tutaj, za opłatą można promem przeprawić się na drugi brzeg. Rathen to prawdziwy kurort. Nad maleńkim miasteczkiem wznosi się skalny zamek. Przybijający tu prom przywozi mnóstwo turystów. Tu bowiem rozpoczyna się kilka pieszych szlaków po skałach Bastei. Włączyliśmy się w tą ogromną rzeszę ludzi i grzecznie pomaszerowaliśmy obejrzeć skalny most (patrz wikipedia). Osiągnąwszy cel, zrobiliśmy kilka fotek i wróciliśmy do zaparkowanych na dole rowerów. Stąd wróciliśmy do Stadt Wehlen, gdzie zrobiliśmy przerwę na soliankę i zimne piwo w jednej z knajpek, z widokiem na rzekę. Następnie przeprawiliśmy się na drugą stronę Łaby i kontynuowaliśmy podróż jej drugim brzegiem. Trasa rowerowa jest tu mniej widokowa, gdyż odcinkami prowadzi obok linii kolejowej.
Już z oddali dał się zauważyć stojący na wzniesieniu Zamek Sonnenstein (patrz wikipedia). Został on zbudowany po roku 1460 na miejscu średniowiecznego zamku. Był wykorzystywany jako szpital dla umysłowo chorych. Zostawiliśmy rowery na malutkiej starówce i z werwą wspięliśmy się na dziedziniec. Brzydka pogoda wygoniła turystów. Na tarasie widokowym wiało pustką, a sam zamek mieści obecnie jakieś biura i instytucje. Zrobiliśmy zdjęcie panoramy miasteczka, kilka fotek na starówce, która jest bardzo malownicza. Ponieważ było już późno, resztę trasy do Miśni przejechaliśmy pociągiem, sugerując się informacją o bezpłatnym przejeździe na bileciku z campingu. Niestety błędnie zinterpretowaliśmy informację. Bilet obowiązywał tylko na trasie w Szwajcarii Saksońskiej. Musieliśmy kupić bilety w pociągu, płacąc za nie słono. Z dworca w Miśni udaliśmy się na camping, a potem nocne zwiedzanie malowniczego miasta.
Zwiedzanie rozpoczęliśmy od Manufaktury Porcelany. Kupując bilet, uczestniczy się w pokazie przygotowywania porcelanowych wyrobów. W kilku salach ogląda się kolejne etapy powstawania porcelany. Potem jest czas na samodzielne zwiedzanie eksponatów, kupno wyrobów oraz możliwość wypicia kawy w miśnieńskiej zastawie.
Kolejnym punktem naszej wyprawy było zwiedzanie Zamku Albrechtsburg. Za dodatkową opłatą można robić zdjęcia, a za kolejne kilka euro otrzymuje się tablet w j. polskim z aplikacją o historii zamku. Wybraliśmy opcję tabletu, ale zwiedzanie z takim gadżetem okazało się czasochłonne i mało praktyczne. Więcej już z takiej przyjemności, w innych zamkach nie korzystaliśmy. Pobyt w Miśni wydłużył się nam do dwóch dni z powodu dużej ilości zabytków. Zwiedzanie Katedry Świętych Jana i Donata zostawiliśmy na następny dzień, gdyż ostatnie wejście było o 17:30.(https://www.dom-zu-meissen.de/start). Pozostały czas postanowiliśmy przeznaczyć na odwiedzenie Zamku Proschwitz znajdującego się po drugiej stronie Łaby (https://www.schloss-proschwitz.de/). Był to strzał w dziesiątkę. Zamek, a właściwie winnica najstarsza w Saksonii, była ukoronowaniem naszego dnia (patrz wikipedia). W blasku zachodzącego słońca popijaliśmy trzy rodzaje tutejszego wina.
Dzień zaczęliśmy od zwiedzania katedry w Miśni. Na szczęście nie było tego dużo. Zaraz potem próbowaliśmy najkrótszą trasą dotrzeć do pięknego zamku w Moritzburg. Z pomysłu szybko zrezygnowaliśmy i wróciliśmy do szlaków rowerowych, gdyż wytyczona przez nas trasa prowadziła po wzgórzach. Za to szlak rowerowy, trochę dłuższy, ale bez przewyższeń prowadził spokojnymi asfaltami, czasem szutrami, przez las do naszego celu. W jednej z mijanych miejscowości zauważyliśmy piekarnię “Klaus”, która jednocześnie serwowała kawę i swoje wypieki. Zatrzymanie w tym miejscu było wspaniałym pomysłem, podobnie jak cała wizyta w zamku. Barokowy pałac należący do księcia Maurycego Wettyna, jest pięknie położony na wodzie (patrz wikipedia). Wnętrza są zaaranżowane w stylu myśliwskim i także robią wrażenie (oficjalna strona). Jak zwykle problemem naszej wyprawy był brak czasu. Postanowiliśmy jak najszybciej dostać się do Drezna, a stąd już pociągiem dotrzeć na zaplanowany nocleg w okolicy Colditz. Wybór padł na camping w miejscowości Bad Lausick. Wymagało to umiejętności kupienia biletu także na rower w niemieckim biletomacie (kas w Dreźnie nie ma) oraz szybkiej przesiadki w Cheminitz. W efekcie biletu na rowery nie udało nam się kupić, ale na szczęście konduktor przy sprawdzaniu machnął na to ręką. Przesiadka także okazała się sukcesem, bo peronów nie było wiele i obyło się bez schodów czy wind. Stary skład, jak z PRL wywiózł nas prawie godzinę w okolice Lipska, do miejscowości Bad Lausick. Dworzec, co rzadko się zdarza w malutkich miejscowościach, otrzymał drugie życie. Odrestaurowany i przypominający zabytkowy pałac, był restauracją pełną gości. Przejechaliśmy się po małym rynku, kierując się w stronę campingu. Było już w po 20:00, więc recepcja była zamknięta. Na szczęście węzeł sanitarny był czynny całodobowo, tylko woda w prysznicu wymagała wrzucenia monety 50 centowej.
Dzień 5 Camping landidyll - Colditz- Campingplatz KriebsteinDo renesansowego Zamku Colditz mieliśmy tylko kilka kilometrów. Przeszłość zamku nie była imponująca. Najpierw był to szpital dla psychicznie chorych, potem w zamku urządzono obóz koncentracyjny, głównie dla antyfaszystowsko nastawionych niemieckich komunistów i socjalistów, a od października 1939 roku do kwietnia 1945 roku zamek stał się jednym ze 130 niemieckich Oflagów - międzynarodowy obóz specjalny, w którym przetrzymywani byli alianccy oficerowie – głównie z Anglii, Francji, Belgii, Holandii, Kanady, Czechosłowacji i Polski (więcej informacji). Wnętrza zamku urządzone są skromnie i mieszczą w sobie wystawy poświęcone okresowi II wojny światowej. Jak w każdym małym miasteczku Saksonii, tak i w Colditz obowiązkowym elementem architektury jest rusz i malutki rynek z kilkoma kawiarenkami. Tam zatem zajrzeliśmy na kawę i “kuchen”. Z Colditz jechaliśmy przez wzgórza i doliny. Było mozolne pedałowanie z prędkością 6 km/h jak i szaleńcze zjazdy ok. 50 km/h. Drogi były puste, czasem tylko przejechało jakieś pojedyncze auto. Szosy często wysadzone były drzewami owocowymi: jabłoniami, gruszami lub czereśniami. O tej porze roku można było dojrzeć sterty jabłek, których nikt nie zbierał. Nikt oprócz Mirka, który zanęcony widokiem papierówek nie mógł sobie odmówić wdrapania się na drzewo i zerwania trochę do sakwy. Ciekawym elementem krajobrazu były stojące na pustkowiu, czasem skrzyżowaniu ławeczki. Może były przeznaczone dla samotnego, zmęczonego drogą wędrowca, a może dla mędrca kontemplującego piękno przyrody…? Nam wzniesienia mocno dały w kość. Z ulgą przywitaliśmy widok pokaźnego parkingu, który sugerował bliską obecność noclegu. Camping Kriebstein położony jest w zalesionej okolicy, blisko portu, sceny nad jeziorem. Po raz pierwszy spotkaliśmy tu młodych Niemców, którzy relaksowali się podczas weekendu (informacje o campingu). Sobotniego koncertu mogliśmy wysłuchać nie wychodząc z namiotu.
Dzień 6 Zamek Kriebstein - Zamek Nossen - Camping Moritz (pod Dreznem)Z campingu do średniowiecznego Zamku Kriebstein było tylko kilka kilometrów, w dodatku zjazdu. Szybko więc osiągnęliśmy cel podróży. Zamek prezentuje się imponująco (oficjalna strona). W kilku udostępnionych salach zobaczyć można wyposażenie, piękne sufity oraz freski na ścianach i w piwnicy. Z Kriebstein ruszyliśmy do zamku Nossen (patrz wikipedia). Tu także zwiedza się zabytkowe wnętrza i piwnice. Nossen był ostatnim zaplanowanym miejscem naszego zwiedzania. Pozostało przybyć na nocleg pod Drezno. Godzina była mocno po 20:00, więc należało szybko dotrzeć na Camping Mockritz. Nie zauważyliśmy elektronicznego terminala, opłaty oraz mycie zostawiliśmy na następny dzień.
Dzień 7 Zwiedzanie Drezna
Po śniadaniu ruszyliśmy w kierunku ogrodów Großer Garten. Jest to ogromny obszar i tylko dzięki rowerom mogliśmy go przemierzyć w dość zadowalającym tempie. Stąd już blisko było na starówkę do pałacu Zwinger, oraz Galerii Mistrzów. Obejrzenie wszystkich dzieł choćby powierzchownie było nie lada wyczynem. My skupiliśmy się na malarstwie Rubensa oraz pracach Canaletta, które znajdują się na ostatnim piętrze. (O wystawie)
Potem było zwiedzanie odrestaurowanej rezydencji Wettynów. Sale pałacu mają swoje nazwy Nowe Zielone Sklepienie - zawiera pokaźne zbiory skarbca - ponad 100 figurek wykonanych ze złota i kamieni szlachetnych. Wrażenie robi też królewska zastawa stołowa ze srebra i koralowców. Znajduje się tu również słynny Zielony Brylant czyli największy zielony diament na świecie (ponad 40 karatów), pomieszczenia królewskie, Riesensaal- tak zwana Hala Gigantów - zgromadzono tu najcenniejsze zbroje i elementy rynsztunku. Na uwagę zasługują ozdobne miecze, w tym miecz ceremonialny wykonany z ryby włócznika!
Komnata Turecka- zbiór militariów, dzieł sztuki czy rzemieślnictwa z tamtej części świata (oficjalna strona pałacu).
Całość jest ogromna i ciężka do obejrzenia w jeden dzień. My wyszliśmy stamtąd oszołomieni i zmęczeni, dopiero msza polska w Katedrza Świętej Trójcy, pozwoliła trochę odetchnąć, a dopełnieniem był relaks w piekarnio - kawiarni Bäckerei Dreißig w pobliżu Katedry Marii Panny. Zbliżał się wieczór, więc postanowiliśmy uciec od wielkich zabytków i przejechać się ostatni raz wzdłuż Łaby. Wyjeżdżając z centrum naszym oczom pokazał się przypominający meczet budynek wytwórni tytoniu - Yenidze. Potem jadąc spokojną, asfaltową ścieżką zauważyliśmy malowniczy kościół na wzgórzu - Dresden Briesnitz. Wokół kościoła znajduje się niewielki cmentarz, a u podnóża kilka szachulcowych domów. W jednym z nich ulokowała się malutka restauracja, w której napiliśmy się zimnego Pilznera. Zadowoleni z tak udanego dnia wróciliśmy na camping Mockritz.
Kolejny dzień to podróż powrotna do Polski.
Na lotnisku czekało już na nas wynajęte auto. Jak to się często zdarza w Grecji inne niż zamawialiśmy. Dobrze, że kolega znał dobrze angielski, zaprotestował i właścicielka, musiała oddać nam swój, nowiusieńki samochód z większym bagażnikiem. Przebiliśmy się przez wąskie, zatłoczone uliczki Chani i udaliśmy się ok. 6 km na nocleg do Kakamaki, do hotelu Gregory Comfort. Było już późne popołudnie, gdy ruszyliśmy oglądać plażę, spacerować oraz próbować lokalnych przysmaków. Niedzielny poranek przywitał nas dzwonem z pobliskiej świątyni St. Fanouriou. Szybka toaleta, kilka kroków i już byłam w malowniczej cerkwi. W świątyni nie było tłumów. Po śniadaniu zjedzonym w pięknych okolicznościach przyrody, nad basenem, wyjechaliśmy z miłego miasteczka, w góry, na trasę w kierunku Paleochory. Po drodze zatrzymaliśmy się przy najstarszym drzewie oliwnym na Krecie. Jest tu małe muzeum oraz urocza restauracyjka, w której spróbować można lokalnego wina, kupić tutejszą oliwę. Droga przez góry jest kręta i wąska. Na szczęście, w niedzielę panował na niej mały ruch. Sama Paleochora jest małym miasteczkiem, położonym na półwyspie, z dwóch stron otoczona morzem. Nad miastem górują ruiny małej twierdzy. Wieczorem ulice zostają zamknięte, restauratorzy rozstawiają na nich stoliki i zaczyna się wieczorne biesiadowanie. Wtopiliśmy się w tłumek turystów i w przyjemniej tawernie zakończyliśmy dzień.
Na wyspie wstajemy dość późno. Zasłonięte żaluzje w oknach, klimatyzacja sprzyjają leniuchowaniu. W pensjonacie "Vakakis" jest wszystko, czego potrzebujemy: ekspres do kawy, opiekacz, mieszadełko do frape, ba nawet słodycze i mała butelka wina, zostawiona przez właścicieli. Pierwsze dwa dni na plażę idziemy dość późno. Z pensjonatu, schodzi się dość ostro w dół, my robimy to dzikim skrótem i zaraz widzimy plażę, na której nie potrzeba żadnych kąpielowych strojów.
Kilka pierwszych dni w Paleochorze było bardzo wietrznych. Pogoda wygoniła turystów, plaże były puste, więc z łatwością znaleźliśmy parasol i leżaki, które okazały się bezpłatne. Jednak kąpiel, leżenie wkrótce nam się znudziły. Zwinęliśmy rzeczy i udaliśmy się na spacer brzegiem morza, w kierunku centrum.
Paleochora znajduje się na małym półwyspie. Na końcu cypla, nad miastem górują mury twierdzy obronnej. U podnóża wije się droga, która prowadzi do starego portu, a później do portu w centrum. Po drodze mija się małe wille, przeważnie pod wynajem oraz liczne restauracje. Zajrzeliśmy do prześlicznej cerkwi, potem wędrowaliśmy wzdłuż nabrzeża, by przysiąść w restauracji o znajomo brzmiącej nazwie "Portofino".
Życie w Paleochorze zaczyna tętnić po 19:00. Kelnerzy na ulicach rozstawiają stoły i krzesła. Rozbrzmiewa muzyka, gwar rozmów. Sklepy są otwarte, a dzieci biegają i bawią się na ulicy. Do tego mnóstwo kotów, które jak gołębie, czekają na smaczny kąsek od turysty.
Postanawiamy odwiedzić sąsiednią plażę w Anydri. Pokonać ją można autem, rowerem lub pieszo. Wzdłuż drogi biegnie międzynarodowy szlak pieszy E4.
Plaża jest kamienista, przy parkingu jest restauracja z usytuowanymi wśród cyprysów stolikami, a tuż obok są parasole i leżaki. Ludzi nie jest zbyt dużo. Miły, grecki klimat. Dalej, na prawo plaża jest bardziej kamienista, woda przy brzegu głębsza, wiec ludzi jeszcze mniej. Kąpiel, leżakowanie, picie frape to tylko jedna z możliwości. Można połazić po skałach, odwiedzić wioskę na górze lub udać się szlakiem E4 do Lissos.
Chcieliśmy wypróbować górską trasę do wioski Anydri. Szlak można znaleźć na parkingu. Początkowo prowadzi wyschniętym korytem rzeki, dalej pnie się stromo w górę. Oznaczony jest plamami farby na kamieniach. Czasem trzeba go mocno wypatrywać, gdyż wąskie ścieżki są mylne, wydeptane przez pasące się stada kóz. Widoki z góry, na zatokę są nagrodą za trudy wspinaczki. Potem jest łatwiej, idzie się już trawersem, a drogę co jakiś czas pokazują drogowskazy. My ruszyliśmy w kierunku malowniczego kościoła na szczycie. Jest tam pewien trudniejszy odcinek po głazach, ale po kilku metrach trasa jest łatwa i przyjemna, jak w naszych Beskidach. Kościółek, w zasadzie kapliczka, jest zamknięta kluczykiem, który jest w zamku. W środku panuje chłód, wnętrze jest typowe, z małym ikonostasem i obrazami świętych. Stamtąd szlakiem górskim można wrócić do Paleochory lub zejść da wioski Anydri. My wybraliśmy tą ostatnią opcję, gdyż było już późno. Po drodze zajrzeliśmy do wiejskiego kościoła St. Georges, w którym odkryliśmy stare freski. Tuż za nim znajduje tawerna z widokiem na może. Zjedliśmy po sałatce i ruszyliśmy asfaltową drogą do Palaochory. Zaczynało się zmierzchać, do zagród wracały samodzielnie stada kóz, co było dla nas nie lada atrakcją. Potem były przepiękne widoki na skały, wąwóz, wyschniętej o tej porze rzeki. Do miasteczka dotarliśmy po zmroku, by przy kuflu piwa cieszyć się z udanego dnia.
Jednego dnia wybraliśmy się autem do słynnej plaży Elafonissos, która jest wizytówką Krety. Droga z Paleochory prowadzi przez góry, ale ma nową nawierzchnię, więc jedzie się pewnie, choć dość wolno, ze względu na liczne zakręty. Jadąc mija się kilka małych wiosek, w zasadzie kilka budynków, w których głównym punktem jest restauracja. W którymś momencie dołączyliśmy do sznura aut zmierzających w kierunku plaży. Na ogromnym parkingu stoi tysiące samochodów, autokary. Nie lepiej jest nad samym morzem: naszym oczom ukazuje się istny las parasoli, morze leżaków i tyleż ludzi na plaży, a drugie tyle brodzi po kolana w wodzie. Woda jest płytka, lazurowa, a z brzegu pojawia się odrobina różowego "piasku". Plaża miejscami jest ogrodzona, a trochę w bok zamienia się w skalne półki.
Parasoli dla nas już nie starczyło, a i na leżaki trzeba było się szybko decydować.
Nasza dwójka podjęła decyzję, by szukać cienia i pomyśleć, co dalej. Znaleźliśmy oliwny zagajnik i tu rozłożyliśmy nasze ręczniki. Dzień zapowiadał się długi, a plażowanie w tych warunkach trudne. Szybki przegląd internetu podsunął nam pomysł zrobienia trasy E4 z Elafonissos do Palaochory - 18 km, z czego połowa górskim wybrzeżem, a druga część szosą. Oszacowaliśmy czas, możliwości, zaopatrzyliśmy się w dodatkową wodę i ruszyliśmy na spotkanie z przygodą.
Tuż za kurortem piaszczystej plaży szlak prowadził po kamiennych blokach, kręcił po małych zatoczkach, wymagał zwinności w przeskakiwaniu po licznych blokach skalnych.
Potem odsunął się od plaży i piął się w górę, po licznych głazach, to znowu opadał na piaszczyste plaże, co było tragedią, bo parzyliśmy sobie stopy. W malutkich lagunach lazurowej wody, moczyli się ludzie. Zastanawialiśmy się, jak się tu dostali, bo dróg dojazdowych nie było widać. Jedyna możliwość to dojazd szutrową drogą na pewną wysokość i zejście piesze.
Idąc szlakiem pieszym dotarliśmy do plaży w Kedrodasos wpisaną na listę Natura 2000. Po przejściu plaży czekało nas strome podejście po skałach. Znowu musieliśmy wypatrywać znaków na kamieniach, cofać się i ponownie podchodzić, by odnaleźć drogę. Czuliśmy się trochę jak w Bieszczadach, ale czasem miejsca stawały się mocno eksponowane i prowadziły nad urwiskami. Nagrodą były wspaniałe widoki. Mocno zmęczeni upałem, o mało nie przeoczyliśmy kościółka Agios Ioannos. Niepozorny, przycupnięty na skale, otoczony drucianym płotem, sprawiał wrażenie gospodarstwa, a nie świątyni. Dodatkowo, tuż obok pasły się kozy. Otworzyliśmy bramę i weszliśmy na dziedziniec. Nad główym wejściem górowały greckie napisy. Wewnątrz, znajdował się współczesny ikonostas i trochę rupieci: plastikowy stół, jakieś krzesła. Odpoczęliśmy w cieniu i ruszyliśmy dalej w poszukiwaniu kolejnej atrakcji. Niestety minęliśmy ją bokiem, a zobaczyliśmy z wierzchołka wzniesienia na które musieliśmy się dostać. Były to ruiny twierdzy. Czas szybko upływał, więc nawet nie zmartwiliśmy się tym przeoczeniem. Szliśmy dalej do Vienna - wykopaliska archeologicznego. Tu zobaczyliśmy tylko tablicę informacyjną i ogromną ilość głazów.
Ponownie wspięliśmy się na skałę, na szczycie której zobaczyliśmy szutrową drogę prowadzącą do plaży w Krios. Zmęczeni dotarliśmy do baru, w którym w blasku zachodzącego już słońca zjedliśmy kolację. Przed nami było jeszcze 9 km szosą.
Szczęście nam dopisywało. Domyślny kolega przyjechał po nas samochodem i zabrał nas do Paleochory.
Kolejne pięć dni mieliśmy spędzić w znanym kurorcie - Matala. Dojazd przez góry zajmował kilka godzin, więc postanowiliśmy zrobić przerwę w Retymnie. Dotarcie do trasy szybkiego ruchu - to mozolne pokonywanie licznych zakrętów, jazda z prędkością około 30 - 40 km/h. Potem jest już szybko. Widok cypla z usytuowaną twierdzą, sygnalizował, że jesteśmy na miejscu. Twierdza jest potężna, ale jest mało atrakcyjna do zwiedzania: stara świątynia, wejście do jakiś magazynów amunicji, puste wnętrze jednej z okrągłych baszt? To tyle. Chyba, że ktoś chce sfotografować widoki panoramy Retymna. Samo miasteczko jest urzekające. Spaceruje się wąskimi uliczkami, których kamienice w stylu weneckim, dają schronie przed upalnym słońcem. W niektórych z nich rozłożyły się lokalne sklepiki z pamiątkami. My wybieraliśmy te mniej uczęszczane. Miłośnicy architektury znajdą tu perełki ornamentów, szczególnie pięknie prezentują się fasady drzwi.
Ja z zachwytem wpatrywałam się w szyby sklepików, w których widniały prześliczne hafty i koronki w stylu weneckim. W jednej z bocznych uliczek zasiedliśmy w romantycznej restauracji, która dawniej była sklepem. Świadczyły o tym stare fotografie dekorujące ściany. Spróbowaliśmy lokalnych owoców morza, następnie udaliśmy się w kierunku portu. Im bliżej morza, tym restauracje stawały się większe, a ludzi przybywało. Minęliśmy fontannę i obok murów twierdzy, zeszliśmy na parking nad morzem. Samochód ugrzał się jak piekarnik. Bez klimatyzacji, nie dałoby rady wytrzymać. Z Retymna do Matali dojechaliśmy po około dwóch godzinach. Po drodze zaniepokoiły nas kikuty drzew, nadpalone gaje oliwne i widoki osmalonych gór. Słyszeliśmy z Polski o pożarze w tym rejonie i rzeczywiście wyglądało to smutno. Trochę niepewni wypatrywaliśmy morza i naszej miejscowości.
Matala przywitała nas gwarem dochodzącym z głównego deptaka. Szosa wymalowana była hipisowskimi emblematami, pełno tu było kramów z bazarowym towarem. Do morza szło się wśród licznych restauracji i małych, egzotycznych lokali. Nasz hotel - Sophia był w samym centrum tego chaosu, lekko w bok od głównej promenady. Zrzuciliśmy szybko nasze graty i ruszyliśmy nad morze. Plaża jest tu wąska i piaszczysta. A tuż nad nią przycupnięte są na skałach liczne restauracje, niektóre przypominające zacumowane łodzie. Usiedliśmy w takiej z widokiem na błękitną zatokę i skałę ze słynnymi jaskiniami. Przed 19:00 można było jeszcze znaleźć miejsce, bo życie towarzyskie zaczyna się tu po zmroku. Podziwialiśmy zachód słońca, skaczących ze skał do wody śmiałków. Za takie widoki sporo się tu płaci. Ceny w restauracjach są większe niż gdzie indziej. W knajpach rozbrzmiewa muzyka różnej maści, a w niektórych jaskiniach pojawiają się światełka. Zaczarowani atmosferą tego miejsca postanowiliśmy dokończyć imprezę na tarasie znajomych w hotelu i tu czar prysnął.
Otworzyliśmy jedyne drzwi balkonowe do minimalnego ogrodu w naszym malutkim pokoiku i uderzył nas zapach smażonego oleju. Czym prędzej schowaliśmy się do środka. Za chwilę dobiegły nas odgłosy rozmów naszych znajomych z właścicielem hotelu. Okazało się, że ich apartament jest usytuowany na dachu, na wprost komina restauracji, z którego bucha wszelkim świństwem, jakie można sobie wyobrazić. Znajomi poprosili o zmianę pokoju. Pan w recepcji zaproponował maleńki, bez kuchni, czy nawet czajnika do zagotowania wody. Perspektywa jedzenia dwa razy dziennie w restauracjach przez kolejne cztery dni, była nieciekawa. Zrobiliśmy naradę i zdecydowaliśmy, by po jednej nocy zmienić miejsce noclegowe. Problem było odzyskanie kasy za pozostałe dni. Sprawy nie udało załatwić się polubownie i kolega postanowił walczyć o odzyskanie pieniędzy na drodze reklamacji w booking.com. Finalnie udaliśmy się do oddalonej o 10km miejscowości Kalamaki, gdzie bez problemów znaleźliśmy dwa apartamenty za przyzwoitą cenę.
W związku z przeprowadzką do Kalamaki, postanowiliśmy jeszcze raz odwiedzić kultową Matalę.
Wybraliśmy się w trójkę dość wcześnie, jak na greckie warunki, czyli po 9:00 rano. Piesza wycieczka miała liczyć ok. 4 km w jedną stronę. Pierwszy odcinek prowadził promenadą w Kalamaki, a potem wzdłuż plaży. Szliśmy raźno brzegiem, po mokrym piasku. Na końcu zatoki, skała schodziła w morze. Tuż przed nią znajdował się bar, do którego zapraszały śmieszne napisy oraz drogowskaz. Bar rano był zamknięty, więc my zaczęliśmy naszą wspinaczkę trawersem, na szczyt skały. Tu czekała nas nagroda w postaci otwartej restauracji z pięknym widokiem z góry na zatokę. Zimne caffe fredo pite w takich okolicznościach smakowało wybornie. Południe zbliżało się nieubłaganie, a przed nami było jeszcze parę kilometrów. Opuściliśmy urocze miejsce i podążyliśmy szutrową drogą do głównej drogi w kierunku Matali. Auta pędziły tu dość raźnie i nie widać było pobocza. Na szczęście na rondzie skręciliśmy w starą drogę. To był doskonały wybór. Ścieżka wiodła wśród gajów oliwnych, zarośli i krzewów śródziemnej roślinności na przedmieścia Matali. Wtopiliśmy się w tłuum turystów podążających do jaskiń. Kupiliśmy bilety i tak jak wszyscy wdrapywaliśmy się na skały by zajrzeć w historyczne dziury skalne. W niektórych dostrzec można było wykute miejsca na pochówek. Kolejnym punktem wyprawy miała być Red Beach, do której prowadziło strome podejście przez jedno ze wzgórz okalających Matalę. Szlak do kultowej plaży wskazywały namalowane na kamieniach strzałki, potem furtka oraz idący co jakiś czas w obie strony ludzie. Z góry widać już było małą zatokę z plażą i dwoma kolorowymi barami. W jednym z nich, u pułapu powiewały flagi różnych państw, w tym Polski. Chudy, wyglądający na hipisa barman, przynosił do stolików kultowe Mojito. Dopełnieniem wrażenia była płynąca z głośników muzyka. Toalety tu nie było, a o prysznicu, by spłukać sól morską, należało także zapomnieć. To było miejsce dla prawdziwych twardzieli. Po takich atrakcjach trzeba było ponownie wspiąć się na skały, by wrócić do Matali. Tu na szczęście czekało na nas auto, którym przyjechała nasza koleżanka Ania.
Wystartowaliśmy pociągiem 2 lipca 2019r. z Warszawy. Zameldowaliśmy się na przystani, w Gdyni o godzinie 20:00.
Ruszamy trasą rowerową do miasta Kalmar (najkrótszą drogą według mapy - około 84 km z portu). My robimy 109 km, ponieważ kręcimy się po Karlskrone. Szlak rowerowy - to mało ruchliwe, asfaltowe drogi, często specjalne ścieżki dla rowerów. W Kalmar zwiedzamy zamek (155 SEK/os.). Ceny za kawę w zamku cappucino (42 SEK/os.), latte (45 SEK/os.), ciastko (około 49 SEK/os.). Zwiedzamy starówkę. Obok dworca autobusowego jemy w chińskiej restauracji (np. 110 SEK/os. płaci się za wejście). Komponujemy sami własne danie w dowolnej ilości, łącznie z kawą i deserem.
Nocujemy w Kalmar - korzystamy z campingu w cenie - 240 SEK/2os., prysznic w cenie. Na niektórych kampingach opłaty można dokonać tylko za pomocą karty płatniczej.
W sezonie wakacyjnym na Olandię dostaniemy się promem (60 SEK/os., rower bezpłatnie). Na promie płacimy kartą płatniczą (samoobsługa, bilet do kontroli pokazujemy przy wysiadaniu). Prom płynie około pół godziny. Dopływa do Färjestaden. W porcie znajduje się kilka kafejek czynnych do 21:00. Jeść należy w porze lunchu, w mniejszych miejscowościach lokale pracują tylko do 17:00.
Objeżdżanie Olandii rowerem należy uzależnić od kierunku wiatru. Koniecznie należy sprawdzić pogodę. Wiatr jest tu bardzo silny, przejmująco lodowaty, bardzo spowalnia tempo jazdy. Ubierać należy się na cebulę - coś lekkiego, chroniącego od wiatru. Dzień w lipcu jest bardzo długi i do 23:00 jest jeszcze widno. Należy pamiętać o kremie z filtrem, gdyż z powodu wiatru nie odczuwa się nasłonecznienia.
Drogi rowerowe na Olandii są przeważnie gładkie, równe, asfaltowe, zdarzają się też szutry, ale zbite (dość twarde, z podłożem betonowym). Teren jest raczej płaski. Ścieżki rowerowe mają bezkrawężnikowe wjazdy i zjazdy. Są wytyczone w większych miastach obok głównych dróg, często są one połączone z drogami dla pieszych. Kierowcy bardzo uważają na rowerzystów, zwalniają i zatrzymują się przed przejazdami.
Olandia to wyspa wiatraków, stanowią one nieodłączny punkt krajobrazu.
Z Färjestaden ruszyliśmy na północ wyspy - po drodze czekał nas pierwszy, ważny punkt - miasto Borholm. Na przedmieściach widać ruiny zamku, który można zwiedzać w godzinach 10:00-18:00. W Borholm jest specjalny sklep monopolowy. Tylko w nim kupić można alkohol. W innych miastach dostaniemy jedynie piwo niskoprocentowe. Jeśli chodzi o zakupy, to korzystaliśmy z sieci ICA. Są w większych miastach i miasteczkach turystycznych, czynne do 21:00, również w sobotę i niedzielę. W ICA znajdują się specjalne punkty z mapami Olandii, szczegółowe przewodniki, z zaznaczonymi atrakcjami turystycznymi w języku angielskim.
W kierunku na północ, jadąc zachodnim wybrzeżem napotkamy widowiskowe skały. Koniecznie należy zobaczyć Byrum's raukar- wapienne stosy skalne (koło wioski Byrums). Wzdłuż zachodniego wybrzeża znajdziemy rekonstrukcje wiosek rybackich, a kiedy odbije się w prawo szlak rowerowy zaprowadzi do Skäftekärrs ”nya” Järnålderslandskap - skansenu, rekonstrukcja. (Sprawdzić z mapą).
Naszym kolejnym punktem był Sandviks Kvarn Stenhuggarvägen - największy wiatrak (7 metrowy młyn). W wiatraku mieściła się restauracja. Górne poziomy można było zwiedzać. W wiatraku znajdowało się pełne wyposażenie.
Nieopodal, w malutkim porcie można było zjeść rybę, fishburgera i inne specjały tubylców. Za portem, na północ ścieżka rowerowa prowadziła do rezerwatu - Neptuni Akrar- płaskie skały zanurzone w wodzie.
Kolejnym ciekawym miejscem był przysiółek portowy - Byxelkrok. W wakacje tętni życiem. W porcie jest kilka kafejek, urokliwe budynki nabrzeżne, w których ulokowały się sklepy z pamiątkami.
Jadąc do najdalej wysuniętego na północ punktu, dotrze się do zabytkowej latarni morskiej - Långe Erik Fyrhus. Prowadzi do niej kamienny most. Z latarni rozciąga się ciekawy widok na wybrzeże (koszt 40 SEK/os.). Na północno - wschodnim krańcu wyspy znajduje się rezerwat przyrody - zwiedzanie za opłatą. Z północnego krańca spaść można do Lorttop.
W pobliżu znaleźć można kilka kempingów. My skorzystaliśmy z Sonjas Camping, który reklamował się ofertą dla turystów rowerowych. Do ceny campingu doliczano ryczałt za kartę prysznicową, z której zdejmowane były opłaty za prysznic.
Wschodnie wybrzeże jest mniej wietrzne. Obfituje w liczne wiatraki, które zgrupowane są w dużej ilości w Störlinge Kvarnrad - wieś z 7 wiatrakami, Lerkaka.
W przewodnikach pobranych w ICA zaznaczone są wszystkie atrakcje warte odwiedzenia: kościoły itp. np. Källa Old Church - kościół z XVII w., cmentarzysko itp.
Po drodze można było coś przekąsić w 2 małych kafejkach jadąc z północy na południe za Lerkaka, np. Cafe &Karamellkokeri - kawiarnia i wytwórnia cukierków.
Po trasie reklamują się prywatne galerie. Klika drogowskazów z napisem cafe sugeruje kawiarnie. Są to często malutkie prywatne posesje, w których oferowana jest kawa czarna, często z przelewowego ekspresu, otwarte w porze lunchu.
Wschodnie wybrzeże - to tereny z dużą ilością cmentarzysk - dużych kamieni, ułożonych w kręgi. Spotkamy tu także pojedyncze kamienie z napisami runicznymi. Należą one do najważniejszych obiektów turystycznych Olandii. Innymi obiektami są wały z kamieni świadczące o dawnych grodach. Wszystkie atrakcje opisane są na specjalnych tablicach informacyjnych i przewodnikach.
Jadąc z południa na północ do Färjestaden warto skierować się do Graborg na Ismantorps Borg - grodzisko- wał z kamieni pozostałości starego zamku. Pięknie prezentuje się w blasku zachodzącego słońca.
Powrót z Kalmar do Karlskrone rozłożyliśmy na 2 dni, wracając wzdłuż wybrzeża. Drogi i ścieżki rowerowe są tu przeważnie puste, asfaltowe, teren pagórkowaty. Można zakosztować klimatu małych wiosek i podziwiać piękne zatoki. Oczy cieszą zadbane domostwa, starannie wypielęgnowana zieleń. W protestanckich kościołach znajdują się toalety, wyposażone w podstawowe środki opatrunkowe.