Tegoroczną przerwę świąteczną między Bożym Narodzeniem a Sylwestrem postanowiliśmy spędzić w Górach Stołowych.
Wyruszyliśmy nocnym pociągiem 26 grudnia 2022, do Wrocławia. W zabytkowym, wrocławskim dworcu wypiliśmy poranną kawę i przesiedliśmy się na pociąg kolei śląskich, do stacji Domaszków. Prawie 8 km, szliśmy asfaltową szosą do Międzygórza. Po drodze zawitaliśmy do restauracji w "Domu przy wodospadzie" na pyszną kawę i ciacho. Obejrzeliśmy atrakcję - "Wodospad Wilczki", następnie wyruszyliśmy na szlak wiodący na Śnieżnik. Na górze, było trochę śniegu, widoczność utrudniała mgła, a na samym szczycie wiało okropnie. Schroniliśmy się w wieży widokowej, w której wypiliśmy gorącą herbatę i czym prędzej ruszyliśmy w dół, ku schronisku pod Śnieżnikiem. Tu zrobiliśmy przerwę na posiłek i tą samą drogą wróciliśmy do Międzygórza. Schodziliśmy już przy zapalonych czołówkach. Przed nami było jeszcze sporo kilometrów i ostre podejście na Igliczną. W planach był krótki odpoczynek w schronisku i obejrzenie sanktuarium Matki Boskiej Śnieżnej. Niestety, mimo, że była godzina siedemnasta, wszystko było na głucho zamknięte. Ksiądz, który akurat podjechał samochodem, poinformował, że proboszcz ma gości, ale jeśli trzeba, możemy chwilę odpocząć. My postanowiliśmy ruszyć dalej. Problemem okazało się odnalezienie żółtego szlaku. Teren sanktuarium był ogrodzony, a sam szlak prowadził blisko płotu, dlatego trudno nam było go wypatrzeć w blasku czołówki. Plątaliśmy się w kółko i tylko dzięki uporowi i nawigacji, znaleźliśmy oznaczenie. Ścieżka była zarośnięta, prowadziła stromo w dół i wydawała się mało uczęszczana.
W końcu spadliśmy do asfaltowej drogi, we wsi Marianówka. Tu zatrzymaliśmy się, by odzyskać energię. Późnym wieczorem dotarliśmy na nocleg w Idzikowie.
Następnego dnia, dzięki uprzejmości gospodarza, który zaoferował powózkę autem, szybko znaleźliśmy się w Bystrzycy Kłodzkiej. Małe miasteczko jest bardzo malownicze. Na rynku, napiliśmy się pysznej kawy w cukierni "Pudrowa", następnie pokręciliśmy się po starej części miasteczka. Stąd złapaliśmy pociąg do Kłodzka. Czas, spędzony w Kłodzku, wykorzystaliśmy na zwiedzanie starej części miasta. Obejrzeliśmy częściowo zewnętrzną część twierdzy, napiliśmy się grzańca w kawiarni przy moście i przed 14:30 stawiliśmy się na przystanku PKS. Był to ostatni kurs do Radkowa, miasteczka, w którym mieliśmy spędzić następne dwa dni. Przez prawie całą drogę, byliśmy jedynymi pasażerami na tej trasie.
Radków znów okazał się bardzo malowniczy. Mały rynek, z pięknym ratuszem był otoczony starymi kamienicami, w których uwagę przyciągały pięknie rzeźbione drzwi. W jednej z kamienic znajdowało się nasze, nowocześnie urządzone mieszkanie. Po sąsiedzku znajdowała się przytulna pizzeria, a w innej, trochę dalej ulokowała się jedyna restauracja. Skorzystaliśmy z oferty gastronomicznej i pokrzepieni jadłem, udaliśmy się na spoczynek.
Następnego dnia czekała na wyprawa do Skalnych Bastionów. Są to ciekawe formy skalne, olbrzymie urwiska, z których rozlega się piękna panorama. My wędrowaliśmy czerwonym szlakiem w kierunku Strzelińca. Pod samym wierzchołkiem, droga, którą zamierzaliśmy dostać się na szczyt była zamknięta. Mimo zakazu wspięliśmy się ostrożnie, na własną odpowiedzialność, gdyż zależało nam na czasie. W basku zachodzącego słońca podziwialiśmy formacje skalne na Strzelińcu i przy zapalonych czołówkach schodziliśmy do schroniska pod szczytem. Potem już szybko i w zupełnych ciemnościach dotarliśmy do Pasterki, a następnie do Radkowa.
Następnego dnia opuściliśmy przytulne miasteczko, spakowaliśmy wszystkie rzeczy i ruszyliśmy początkowo tym samym zielonym szlakiem w kierunku Radkowskich Baszt. Dalej droga zrobiła się dość trudna. Prowadziła pod formacjami skalnymi. Należało przeskakiwać z jednego głazu na drugi, czasem przykucać, by udało się przejść. Na szczęście odcinek nie był zbyt długi. Dalej schodziliśmy już dobrą, leśną drogą, mijając, co chwilę informacje o skalnych grzybach. Długo maszerowaliśmy przez wieś Batorów. Celem naszej wędrówki była stacja PKP w Szczytnej. Skąd kolejami śląskimi mieliśmy udać się do Kłodzka, następnie do Wrocławia. Późnym wieczorem wsiedliśmy do pociągu we Wrocławiu i na sylwestra byliśmy w Warszawie.
Ostatnie dni starego roku 2021 obfitowały w liczne, rodzinne wydarzenia i o zaplanowaniu Sylwestra zupełnie zapomniałam. Dzień przed wigilią grzebiąc w ofertach hotelowych, natknęłam się na pakiet sylwestrowy w Krynicy Zdrój. Ostatnie miejsca i wygórowana cena. Zamiast oferty - booking.com. Dobry, aczkolwiek długi dojazd PKP z Warszawy i żadnej alternatywy, przyspieszyły decyzję wyjazdu. Bez żadnych konkretnych planów, map itp.
Krynica w okresie bożonarodzeniowym wygląda sentymentalne. Zwykle zaglądaliśmy tu na krótką chwilę schodząc ze szlaków lub będąc na nartach. Teraz mogliśmy przypatrzeć się malowniczym, zabytkowym budynkom na głównym bulwarze. Spróbować kawy i jedzenia w tutejszych restauracjach. Ten ostatni czas starego roku postanowiliśmy spędzić bez pośpiechu. Pierwszy dzień po przyjeździe zaczęliśmy od kawy w naszym przytulnym pensjonacie na Leśnej 44. Następnie udaliśmy się do Powroźnika. Do wsi kursują autobusy. My wybraliśmy taki, by wstrzelić się w godziny otwarcia cerkwi pw. Św. Jakuba Młodszego 14:00 - 17:00 (trzeba sprawdzać w lokalnym PTTK lub w necie). To cacuszko architektury, wpisane na listę UNESCO, można obejrzeć z przewodnikiem. Z Powroźnika niebieskim szlakiem pieszym Czarne Garby wróciliśmy do Krynicy zaliczając po drodze wzniesienie ok. 770 m.n.p.m. Wieczór zakończyliśmy w karczmie niedaleko naszego pensjonatu na ul. Leśnej. Następny dzień zaczęliśmy od degustacji kawy i kremówki
w jednym z urokliwych budynków przy bulwarach - Willa Róża. Naładowani energią ruszyliśmy w trasę wokół Krynicy. Żółtym szlakiem wspięliśmy się na Górę Krzyżową (812 m.n.p.m.) potem niebieskim, mijając po drodze Centrum Narciarskie na Słotwinach, dotarliśmy do wieży widokowej usytuowanej w pobliżu szczytu Drabiakówka (892,8 m.n.p.m.) Dalej wędrowaliśmy żółtym szlakiem przez Jaworzynkę (898 m n.p.m.) aż do zejścia do ruchliwej trasy 981. Tu, w karczmie Cichy Kącik mieliśmy zamiar odpocząć. Zbyt duża ilość turystów i narciarzy oraz późna pora pokrzyżowały nam plany. Zrezygnowaliśmy z dalszej wędrówki górami
i starą drogą dotarliśmy do centrum Krynicy.
Sylwester 2021 postanowiliśmy uczcić w 6-gidzinną wędrówką z Wierchomlii do Krynicy-Zdroju. Deszczowy dzień zaczęliśmy od wizyty w muzeum Nikifora. Autobusem w kierunku Piwnicznej dostaliśmy się do skrzyżowania na Wierchomlę Wielką. Około 7,5 km mieliśmy maszerować asfaltową szosą, by dotrzeć na szlak. Tego dnia mieliśmy wyjątkowe szczęście. Miły mieszkaniec wsi, właściciel kilku pensjonatów, zaproponował podwózkę. Dojechaliśmy autem do początku czarnego szlaku. Potem tylko 1,5 godzinny stromego podejścia i byliśmy już w bacówce pod Wierchomlą. Już u podnóża chatki słychać było rozbawione głosy, wesoły góral rozpalał ognisko, a w bacówce aż wrzało od gwaru i śmiechu. Zabawiliśmy tu chyba
z godzinę i po 15:00 wyruszyliśmy w drogę. Pożegnały nas cudowne widoki zachodzącego słońca, malownicza, zrobiona w pniu kapliczka. Marsz w kierunku Runka okazał się wymagający i zajął sporo czasu. Odwilż sprawiła, że szlak tonął w wodzie. Nogi grzęzły w mokrych zaspach, zapadając się głęboko w wodę. Zmęczeni dotarliśmy do rozejścia. Ruszyliśmy w kierunku wyciągu Słotwiny i dalej niebieskim, potem zielonym spadliśmy do Krynicy. Pora była późna i większość knajp szykowała się do witania Nowego Roku. Trochę zrezygnowani wracaliśmy do naszego pensjonatu, mijając po drodze restauracje hotelową, w której już raz się stołowaliśmy. Okazało się, że dla nas stolik się znalazł i moglibyśmy zostać tu cały Sylwester, ale mieliśmy inne plany. Po szybkiej regeneracji w naszym pensjonacie, po 22:00 udaliśmy się na bulwary, gdzie z muzyką powitaliśmy 2022 rok. Następnego dnia szybkie parkowanie, śniadanie i powrót do Warszawy.