
Wyruszyliśmy rannym pociągiem relacji Warszawa Zachodnia - Dęblin, następnie po10 minutach przesiedliśmy się na kolejny pociąg w kierunku Radomia. Cała podróż zajęła około 1,5 godziny. Wysiedliśmy na stacji Garbatka Letnisko. Jest to mała, spokojna miejscowość, bardzo starannie zagospodarowana. Czuje się tu rękę gospodarza. Kolorowe tablice turystyczne zapraszają do zatrzymania się i przeczytania o ciekawostkach tego miejsca. Jest tu także mały zbiornik wodny i ośrodek wypoczynkowy. Zostawiliśmy rowery przed sporą piaszczystą skarpą, by odszukać pierwszy rezerwat Krępiec. Znaki doprowadziły nas do leśnego sanktuarium, w którym zgromadzono różnego rodzaju kapliczki. Miejsce wygląda trochę kiczowato, trochę jak na cmentarzu. Pełno tu glinianych figurek, plastikowych kwiatków i roślin w doniczkach. W drodze powrotnej obeszliśmy zbiornik wodny i dalej już rowerem niebieskim szlakiem zagłębiliśmy się w las, w kierunku Molendy, Ruda, Śmietanki. Teren był piaszczysty a miejscami pełno było błota. Za wsią Ruda natrafiliśmy na tablicę upamiętniającą Andrzeja Wojciechowskiego. Naszym celem pośrednim było dotarcie do spiętrzenia na rzece Zagożdżonce. Przez stary drewniany mostek ruszyliśmy w puszczę. W lesie odnaleźliśmy cmentarz upamiętniający walki z okresu I wojny światowej. Dalej niebieskim szlakiem dotarliśmy do Źródeł Królewskich. Tu przywitała nas piękna infrastruktura turystyczna: tablice informacyjne, kładki, pomosty, wieże obserwacyjne. Słoneczna pogoda, śpiew ptaków, piękne widoki, brak turystów tego dnia zrobił niesamowite wrażenie. Spędziliśmy tu może trochę za dużo czasu, ale warto było. Zresztą nic nas nie goniło. Noc i tak mieliśmy spędzić w lesie. A słońce tak przyjemnie grzało. Z tęsknotą popatrzyliśmy na nieczynny bar znajdujący się na parkingu. Ze względu na pandemię dopiero przygotowywano się do otwarcia. Pojechaliśmy Królewską Drogą w kierunku Augustowa, minęliśmy wieś i dojechaliśmy do nadleśnictwa i rezerwatu Ponty Dębu. Szpaler dębów pięknie prezentował się na tle błękitnego nieba. Tu znowu natrafiliśmy na przyjemne miejsce do odpoczynku, wiaty i miejsce na ognisko. Elektronicznie wyznaczona trasa pokazywała przejazd przez niewielką rzeczkę Narutówkę, ale droga, była zalana. Może był tu po prostu bród? O tej porze był nieprzejezdny, więc wróciliśmy do Królewskiej Drogi. Dalej przez Przejazd, Cycelówkę - Brzózka - Ursynów - Stanisłwów - Działki Brzózkie - Stanisławiwice dojechaliśmy do Kozienic. Tutaj chcieliśmy uczciwie zanocować na kempingu, ale z powodu Covida był niedostępny dla turystów. Pozostało nam zjeść kebaba. Zaopatrzyliśmy się w kawę i herbatę na stacji benzynowej i udaliśmy się na poszukiwanie noclegu. Ruszyliśmy niebieskim szlakiem w kierunku Majdanu. Tuż za miastem znaleźliśmy doskonałe miejsce na nocleg. Rzadki las, mech wydawał się dobrym miejscem. Namiot rozbijaliśmy już po ciemku. Noc przespaliśmy spokojnie i po śniadaniu zaczęły się przygody. Tuż po wyjeździe z lasu złapałam gumę. Okazało się, że wożona przez dłuży czas nowa, zapasowa dętka, miała na kancie sporą dziurę. Zaczęło się! Najpierw szukanie dziury, potem klejenie i pierwsze fiasko. Znowu kapeć. Kolejne szukanie dziury zajęło znowu sporo czasu, znowu łatka i znowu fiasko. Kleju zaczęło szybko ubywać. Kolejny pomysł, zakleić zapasową dętkę samoprzylepną łatką. Udało się, dojechaliśmy do stacji benzynowej na kawę. Tu znowu usłyszeliśmy niebezpieczny syk uchodzącego powietrza. Samoprzylepna łatka nie wytrzymała, poszło bokiem. Była to ostania nasza łatka. Zerwaliśmy łatkę ze starej dętki, resztką kleju przykleiliśmy ponownie i wzmocniliśmy zakupioną na stacji taśmą samoprzylepną. Nie ujechaliśmy metra. Pozostało szukać pomocy u ludzi. Zaczepiłam grupę jadących na rowerach dzieci. Jeden z nich zadzwonił do taty, który okazał się miłośnikiem rowerów i okazał pomoc. Podarował nam łatki i klej. Tym sposobem po raz czwarty zmienialiśmy dętkę. Cały dzień upłynął w nerwach i rozwiązywaniu problemu z kołem. Nie mieliśmy już czasu ani ochoty na dalszą, ciekawą podróż. Najkrótsza możliwie trasą, niestety, 48 udaliśmy się w kierunku Dęblina. Na szczęcie pierwszego maja, szosa była całkiem pusta. W ostatniej chwili wpadliśmy na peron, pociąg już ruszał. Dzięki sokistom, którzy zatrzymali pociąg, udało nam się dotrzeć do Warszawy.
Przejechaliśmy tylko malutki fragment puszczy, która wydaje nam się bardzo ciekawa, zamierzamy tu jeszcze wrócić.