
Cztery dni rowerowej przygody po Wiślanej Trasie Rowerowej.
Wycieczkę zrealizowaliśmy w weekend majowy 2022r.
Z Bydgoszczy do Chełmna
Poranną kawę postanowiliśmy wypić w kawiarni "Piekarnia", na starówce Bydgoszczy. Obraliśmy kierunek nad Brdę, by dojechać na miejsce. Jechaliśmy nabrzeżem, podziwiając zadbane spichlerze. Mostem Jana Kiepury udaliśmy się na Wyspę Młyńską obejrzeć z bliska odremontowane zabudowania - Młyny Christiana Rothera. Ze starówki ruszyliśmy nad ujście Brdy do Wisły. Z szosy punkt ten był mało widoczny. Czasem mignął błękit wody, czasem mogliśmy zobaczyć treningi kajakarzy. Jadąc bocznymi drogami dotarliśmy do Wiślanej Trasy Rowerowej. Pierwszym punktem zwiedzania był Stary Fardon. W niewielkim miasteczku jest synagoga i dwa kościoły. Mały rynek był w remoncie, podobnie jak nabrzeże rzeki. Kierując się WTR przekroczyliśmy Wisłę i szlakiem Rezerwatów Chełmińskich udaliśmy się do Ostromecka. Obejrzeliśmy pałac stary oraz pałac nowy, w którym akurat odbywało się przyjęcie weselne. Uprzejma obsługa pozwoliła nam wypić kawę i podelektować się widokiem z tarasu pałacu. Płaska trasa WTR, której się trzymaliśmy, wiodła szutrami, przeważnie jednak lokalnymi, mało ruchliwymi szosami, mijając z rzadka wioski. Często towarzyszył nam widok wałów. Czasem wspinaliśmy się na nie, szukając widoku Wisły. W Kokocku przykuł naszą uwagę drewniany kościół z 1839-1834, dawniej ewangelicki. Tuż przed Chełmnem udaliśmy się w kierunku wieży widokowej zrobić kilka fotek Wisły. Miasteczko Chełmno, okazało się śliczne. Średniowieczny klimat czuje się tu na każdym kroku. Jest tu kilka pięknych kościołów, zabytkowy układ kamieniczek na rynku. Tu zakończyliśmy pierwszy etap podróży.
Z Chełmna do Kwidzyna
Po pysznym śniadaniu w naszym pensjonacie, ruszyliśmy w drogę. Pedałowaliśmy ponad 20km/h, po asfaltowej drodze rowerowej, zatrzymując się tylko przy napotkanym cmentarzu mennonickim z 1690 roku na zrobienie zdjęć. Kilometry szybko uciekały. W euforii pięknej jazdy zgubiliśmy szlak. Za jeden błąd zapłaciliśmy kilometrami i stratą czasu. Mirek, mistrz nawigacji, znalazł ratunek, szutrową drogę, która miała nas wrócić do WTR. Jednak droga zaprowadziła do skupiska paneli słonecznych (pełno ich na tym terenie) i skończyła się bramką pod autostradą. Końskie ślady pod mostem autostrady doprowadziły nas do szutrów. Potem dojechaliśmy do punktu, w którym się zgubiliśmy. Niestety trzeba było sporo nadłożyć. Wróciliśmy na trasę. Pod koniec czekała nas jeszcze krótka jazda wałem, następnie wspinanie się po wysokich schodkach, na skarpę. Następnie wzdłuż Wisły, piękną drogą rowerową, wjechaliśmy do Grudziądza. Bramą miejską dostaliśmy się na starówkę, gdzie zjedliśmy obiad. Niestety zamek obejrzeliśmy tylko z zewnątrz, gdyż nie było już czasu. Z Grudziądza trasą WTR, na szczęście bez większych niespodzianek, czasem szutrowymi drogami, ale w większości asfaltami, popędziliśmy do Kwidzyna. Byliśmy tu w okolicy 19:00. Lodowaty wiatr, dał nam w kość, więc szybko zakończyliśmy dzień w przytulnym mieszkanku, w centrum Kwidzyna.
Z Kwidzyna do Tczewa
Początek dnia zaczęliśmy od kawy i zwierzania z przewodnikiem katedry w Kwidzyniu. Był poniedziałek, więc zamek był zamknięty. Ponieważ w planach było tylko ponad 50km, nie spieszyliśmy się. Słuchanie o historii braci zakonnych, wejście na wieżę, zajęło ponad godzinę. Do tego sesja fotograficzna z zamkiem w tle i zrobiło się już mocno po południu. Ruszyliśmy raźno w kierunku mostu na Wiśle, którym mieliśmy się dostać na jej lewy brzeg. W Korzeniewie, zaintrygował nas zielony budynek na wzgórzu - dawny wodowskaz na Wiśle. Zabawiliśmy tu chwilę i dalej na most. Budowla jest ogromna, ciągnie się 808m. Za mostem droga systematycznie wznosi się do góry, mijając wieś Opalenie. Teren jest mocno pofalowany. Jazda więc była dynamiczna. Czekały nas mozolne podjazdy i szalone zjazdy. Widoki zielono - żółtych wzgórz i czasem widoczna rzeka, wynagradzały trudy. W takim rytmie dotarliśmy do zamku w Gniewie. Wprawdzie sam obiekt - to hotel, zatrzymaliśmy się tu na obiad. Samo miasteczko jest bardzo małe i puste, ale warte zobaczenia. Z Gniewu wiślana trasa prowadziła wzdłuż wałów. Co jakiś czas wjeżdżaliśmy na nie, by zobaczyć choć odrobinę Wisły, ale okazywało się, że za jednym wałem, jest kolejny. O ważnej roli wałów świadczy tablica, przy wjeździe do jednej z napotkanych wsi. Betonowe płyty na jednym z niższych wałów były gładkie, toteż pędziliśmy po nich, niczym po asfalcie. Do Tczewa przybyliśmy w okolicy dwudziestej. Miasteczko jest bardzo zadbane, ma swój deptak z ławeczką Romana Landowskiego (tutejszego poety i prozaika), malownicze kamieniczki, mały rynek i pięknie odnowione nabrzeże. Nie sposób wymienić tu wszystkich zabytków. Dzień zakończyliśmy w przytulnej knajpce nad Wisłą.
Z Maksymilianowa do Bydgoszczy
Ostatni dzień majówki, czas powrotów, jak zwykłe wiąże się z trudnością zakupu biletu na rowery. Jedyną opcją, był pociąg z Bydgoszczy do Warszawy. Nasz plan polegał na podjechaniu regio z Tczewa do Maksymilianowa i dalej rowerem do Bydgoszczy. Odcinek miał być krótki, prowadził lasem. Miał dostarczyć widoków Brdy, jej malowniczych przełomów. Jednocześnie miał uchronić nas od przesiadywania w bydgoskich knajpach. Wszystko szło dobrze, dopóki nie zagłębiliśmy się w las. Odbijając z trasy rowerowej zrobiliśmy wielki błąd. Brda tworzy wysokie wąwozy i skarpy. Wąskie ścieżki, wykroty, są dla prawdziwych twardzieli, a nie dla objuczonych sakwami turystów. Pokonując już niebezpieczne odcinki, przedzierając się przez leśny gąszcz, wyjechaliśmy na wysoki nasyp autostrady. Dramat. Trzeba było szukać drogi powrotnej, którą zatoczyliśmy koło, by wrócić do miejsca zagłębienia się w las. Ale i tak byliśmy szczęśliwi. Decyzja była jedna. Jak najszybszą trasą dotrzeć do Bydgoszczy. Tak też uczyniliśmy, resztę czasu do odjazdu pociągu, spędzając w przytulnej knajpce w pobliżu Wyspy Młyńskiej.
Majówka znów okazała się wspaniałą, niezapomnianą wyprawą.