
Wycieczkę zrealizowaliśmy 25 - 28 czerwca 2022r.
Wyruszyliśmy w niedzielę po 11:00 pociągiem do Radomia. Tam złapaliśmy pośpiech w kierunku Krakowa, by po 2h jazdy wysiąść w Jędrzejowie. Stacja okazała się przytulna z charakterystyczną wieżą ciśnień i nowoczesnym, pustym dworcem autobusowym. Upał, mimo popołudniowej pory, był okropny. Zmusił nas do szukania cienia w jednej z kawiarni na małym, pustym tego dnia ryneczku. Było za późno by odwiedzić słynne Muzeum Zegarów, więc skierowaliśmy się do dawnego klasztoru Cystersów usytuowanego na obrzeżach miasta. Stare mury, spokój tego miejsca, pozwalają kontemplować czas i przeszłość, o której pisał mieszkający tu niegdyś Wincenty Kadłubek.
Z Jędrzejowa raźno, wyruszyliśmy mało ruchliwą szosą na Imielno, potem do Pińczowa. Było to drugie miasteczko na naszej trasie, którego architektura świadczy o zamieszkujących tu dawniej Żydach. Oprócz stłoczonych, niskich kamieniczek, jest tu synagoga, którą można zwiedzać po wcześniejszym telefonicznym umówieniu się. Z Pińczowa w blasku długo zachodzącego słońca, jechaliśmy do Buska Zdrój. Miasto jest typowym sanatorium. Ma duży, pięknie zadbany, rozświetlony park zdrojowy, tężnie, kilka kawiarni w parku i spacerujących kuracjuszy. Przyłączyliśmy się do strumienia ludzi szukających rozrywki w późnych wieczornych godzinach. Przy butelce Prosecco i rytmach lat 90, zakończyliśmy pierwszy dzień wyprawy.
Z Buska Zdrój do Dworku pod Lipą w Kotelnicy Starej
Niedzielę rozpoczęliśmy od kawy i ciastka na deptaku w Busko - Zdrój. To tu zapadła decyzja, by jadąc do Chmielnika wcześniej skierować się do winiarni Nobile Verbum w Zbrodzicach. Był to strzał w dziesiątkę. Nie dość, że trasa przez Łagiewniki była bardzo przyjemna, prowadziła mało uczęszczanymi drogami, to najgorszy upał przeczekaliśmy w chłodnej piwniczne. Czas upłynął nam na pogawędce o winach z uraczą panią, która pełniła rolę gospodyni oraz degustacji tutejszych specjałów. Zaopatrzywszy się w butelkę białego Herbowego, pomknęliśmy wśród wzgórz, sadów i winnic niestety szutrową drogą. Teren zaczął być mocno pofalowany. Przejechaliśmy przez Elżbiecin, Szaniec. Zaplanowane po trasie atrakcje: Dwór Kasztel w Szańcu był w remoncie, wyglądał na prywatny i niedostępny. Za to uwagę naszą zwrócił renesansowy kościół p.w. N.M. P. , w którego cieniu, pod lipą, zatrzymaliśmy się na krótki odpoczynek. Dalej były wsie Młyny i Zamurze. Punkt programu - Pałac Grodzickich z 1680 toku, był odgrodzony murem, a przez metalowe pręty wyglądał na popadający w ruinę. Zawiedzeni trochę zabytkami, dojechaliśmy do Chmielnika. Miasteczko okazało się podobne do poprzednich: małe wąskie uliczki, niska zabudowa kamienic i największa atrakcja Ośrodek Edukacyjno- Muzealny Świętokrzyski Sztetl- mieszczący się w budynku synagogi. Tu spędziliśmy sporo czasu, gdyż oprócz przewodnika, muzeum ma wiele interaktywnych elementów opowiadających o życiu dawnych mieszkańców. W miasteczku zjedliśmy żydowskie potrawy w Restauracji Staromiejskiej i ruszyliśmy w dalszą trasę do Dworu pod Lipą w Kotelnicy Starej.
Na miejsce przybyliśmy wieczorną porą, a dwór oświetlany pomarańczowym, twardym światłem, wydawał się bardzo romantyczny.
Kotelnica Stara - Sobków- Chęciny - Kotelnica Stara
W Dworku pod Lipą - budzi gości śpiew ptaków i widok łanów zbóż za oknem. Czas się tu zatrzymał. Potem było pyszne śniadanie w jadalni z tykającym, spóźniającym się zegarem. Może odmierza czas wolniej niż gdzie indziej?
Zamówiliśmy dwie filiżanki cappuccino i z kawą w dłoni poszliśmy do ogrodu. Jest to dość duży teren, z oczkami wodnymi, drewnianymi mostkami, bujną zieleniną. Kawa w takich okolicznościach smakowała wybornie. Przed sobą mieliśmy cały dzień, a do przejechania tylko 40 km. Obraliśmy kierunek na Sobków Nida, by obejrzeć ruiny zamku rycerskiego. Zabudowania przy zamku, dawniej gospodarcze mocno zrekonstruowane, widać było już z ulicy. Pełnią one rolę hotelu, restauracji oraz stajni. Wewnątrz znajdują się ruiny, armata, stara studnia, stoły i ławy dla biesiadników. Pachnie tu trochę kiczem, wszędzie pełno chorągwi i rycerskich symboli. Może jednak ten jarmarczny chaos, to klimat tego miejsca? Grunt, że piwo mieli przednie, z browarów regionalnych, a schłodzone, smakowało wybornie w upalny dzień. Z Sobkowa spokojną, asfaltową drogą przez Sokołów Dolny jechaliśmy aż do Brzegów. Trasa zmieniła się w dość ruchliwą, ale z dobrym poboczem. Dojechaliśmy do Tokarni. Tu zatrzymaliśmy się w Skansenie Wsi Kieleckiej. Poniedziałkowa oferta jest bezpłatna, a zwiedzanie możliwe bez wchodzenia do wnętrz zabytkowych chałup. Teren jest bardzo rozległy, więc na zwiedzanie potrzeba wielu godzin. Mimo, że pan wpuścił nas z rowerami, objechanie skansenu i zrobienie zdjęć, zajęło ponad godzinę. Z Tokarni ruchliwą drogą, która na mapie wyglądała, jak lokalna, pojechaliśmy pod Centrum Naukowe Leonardo da Vinci. Zgodnie z przewidywaniem, w poniedziałek, było zamknięte. Stamtąd boczną drogą udaliśmy się do Dworu Obronnego Podzamcze. W hotelowej restauracji odetchnęliśmy w klimatyzowanym pomieszczeniu i znów wróciliśmy na trasę. Kawałek drogi jechaliśmy dojazdówką wzdłuż oddalonej nieco, hałaśliwej S7. Na szczęście ciężarówki pędziły w przeciwną stronę. Tuż przed Chęcinami skręciliśmy w ul. Radkowską. Zaletą wyboru tej drogi, było nabranie wysokości, dzięki temu w łagodny sposób dojechaliśmy w okolice kościoła Św. Bartłomieja Apostoła na wzgórzu, u podnóża zamku w Chęcinach. Tu skręciliśmy w leśną drogę i przetrawersowaliśmy leśnymi drogami na parking pod zamkiem. Dalej już było łatwo, kamienna droga doprowadziła nas do kas, gdzie zostawiliśmy rowery i pieszo udaliśmy się na zwiedzanie. Po latach mojej nieobecności, ruiny wydały mi się dobrze zagospodarowane. Dobudowano drewniane pomosty, budynki z pamiątkami, ustawiono narzędzia tortur. Można wejść do obu baszt, skarbca i małego lochu.
Powrót zaplanowaliśmy zielonym szlakiem, potem wzdłuż linii kolejowej by nie powtarzać poprzedniej trasy.
Pierwszy odcinek upłynął nam na długich, szybkich zjazdach. Na krótko dobiliśmy do szybkiej drogi, by po przejechaniu mostu na Czarnej Nidzie skręcić w drogę przez Chałupki, która szutrem prowadziła wzdłuż S7. Po jakimś czasie przejechaliśmy pod autostradą, przenieśliśmy rowery ma drugą stronę torów, by wzdłuż nich, skrajem lasu jechać w kierunku Sokołowa Dolnego. Na szczęście, poza kilkoma piaszczystymi odcinkami, nasze górskie rowery dały radę. W ten sposób dojechaliśmy do Sokołowa, a stąd już, tak jak wcześniej dojechaliśmy do Dworku w Kotelnicy na obiadokolację i delektowanie się pięknym miejscem naszego noclegu.