
Wycieczkę zrealizowaliśmy 15-16 lipca 2023r.
Transport kolejami mazowieckimi z Warszawy do Łowicza Głownego, powrót z Sochaczewa do Warszawy. Nocleg na polu namiotowym w Koszelówce.
Dzień 1 z Łowicza do Koszelówki (ok. 80 km)
Z Warszawy pociągiem kolei mazowieckich dostaliśmy się do Łowicza Głównego (składy kursują mniej więcej, co godzinę). W Łowiczu byliśmy już wcześniej, więc nie zatrzymując się, przemknęliśmy elegancką ścieżką rowerową, wzdłuż trasy 703. Po wyjeździe z miasta zjechaliśmy z trzycyfrówki kierując się na Mystkowice. Droga była płaska, z nową, asfaltową nawierzchnią. Mijaliśmy małe miejscowości: Ostrów, Bochen, Urzecze w których szukaliśmy oznak dawnej, łowickiej kultury. Wśród mijanych nowoczesnych budynków, naszą uwagę przykuwały pojawiające się co jakiś czas drewniane domy. Były wśród nich długie, niskie z okiennicami, kryte jeszcze eternitem, innym razem dość okazałe z charakterystycznym podniesionym na środku i przeznaczonym na część mieszkalną poddaszem. Czasem były zamieszkałe, czasem zupełnie opuszczone i wręcz podupadłe. Na większości tych zaniedbanych widniała tabliczka z napisem "kupię". Ciekawe, co oznaczała?
W wielu mijanych obejściach obok nowoczesnych lub post PRL- owskich, a czasem drewnianych domów zwracały uwagę zabudowania gospodarskie. Były wykonane z czerwonej cegły z charakterystycznymi łukami nad małymi oknami i dużymi drzwiami. Łowickie motywy można było dostrzec na metalowych ogrodzeniach domostw. Na ganku jednego z mijanych domów wietrzyły się duże poduchy, na których widniały kolorowe, łowickie wzory. Rozglądając się po okolicy nie zauważyliśmy, jak szybko dotarliśmy do wsi Sobota. Zjechaliśmy z głównej szosy Łowickiej by zajrzeć do parku im. Artura Zawiszy. Przy wejściu znajduje się tablica informacyjna o terenie prywatnym i godzinach otwarcia- tylko w weekendy, a po drugiej stronie informacja o budynku i znajdującej się w pobliżu ruiny gorzelni. Obecny neogotycki zameczek powstał w miejscu dawnego grodziska nad Bzurą. Z informacji wynikało, iż w XVI wieku miała tu stać murowana baszta. Wieża, którą teraz można zobaczyć była zbudowana przez ostatniego z sobockich Zawiszów - Augusta. Kiedyś, obok baszty mieścił się modrzewiowy dwór Zwiszów i Stokowskich, który za czasów Wiktora Przegalińskiego, został rozebrany, a dobudowana została część mieszkalna funkcjonująca do 2010 roku. W lewej części parku znajdują się ruiny dawnego spichlerza oraz gorzelni.
Widać, że park ma ogrodnika, główne alejki i dojście do zameczku były wykoszone. Obecnie obiekt jest opuszczony i zamknięty. W parku zatrzymaliśmy się na dłuższą chwilę, by odetchnąć od narastającego upału. Z Soboty ruszyliśmy do pałacu w Walewicach. Jest to, cytując wikipedię, jedna z najciekawszych w Polsce siedzib wiejskich. Została zbudowana w schyłku XVIII w., powstała w wyniku romansu Marii Walewskiej i cesarza Napoleona Bonaparte (patrz wikipedia).
Na mapie widzieliśmy spory zbiornik wodny, który w rzeczywistości okazał się zarośniętym stawem, natomiast zachęcająca na stronie internetowej oferta pałacu (hotel i restauracja http://www.walewice.pl/) totalnym fiaskiem. Wszystko było zamknięte! Objechaliśmy pałac dookoła, wiało pustką, jakby wszystko upadło. Zrobiliśmy zdjęcia i zniesmaczeni brakiem możliwości zwiedzenia pałacu, skorzystania z gastronomi, ruszyliśmy do kolejnego punktu - dworku rodziny Grabskich w Borowie (wikipedia). Jest to prywatna posesja, ale można wejść na teren parku i obejrzeć budynek z zewnątrz. To była ostatnia przewidziana atrakcja po trasie. Po chwili odpoczynku skierowaliśmy się na północ, do miejscowości Stradzew, potem Pniewo. Tu tylko przez ogrodzenie (wejście uniemożliwił domofon) rzuciliśmy okiem na znajdujący się biały budynek (na mapie z nazwą dwór), faktycznie dom pomocy społecznej i szybko ruszyliśmy do miejscowości Żychlin. Znaleźliśmy w pizzerię, w której spróbowaliśmy zapiekanek (bardzo smacznych) i uzupełniliśmy płyny. Pokrzepieni jedzeniem pojechaliśmy do Gąbina. Upał był nieznośny, a trasa mało zalesiona, więc po przejechaniu kilkunastu kilometrów, znowu rozglądaliśmy się za możliwością odpoczynku w klimatyzowanym pomieszczeniu. Niestety do samej Koszelówki nic takiego nie było. Po jakimś czasie nasza szosa połączyła się z 577, na szczęście był to krótki odcinek. Skręciliśmy w mało ruchliwą drogę, prowadzącą wśród lasów, nad Jezioro Zdworskie. Tu zakończyliśmy pierwszy etap podróży.
W Koszelówce znajduje się kilka campingów. My rozbiliśmy namiot na pierwszym, gdyż wydawał nam się nieco mniej hałaśliwy. Zażyliśmy kąpieli w chłodnej wodzie, następnie przy zimnym piwku podziwialiśmy zachód słońca.
Dzień 2 z Koszelówki do Sochaczewa (ok. 54 km)
Noc w namiocie upłynęła spokojnie, o 8:00 zaczęliśmy zwijanie obozu. Śniadanie zrobiliśmy tuż przy jeziorze, wykorzystując przy tym stoliki oraz swój sprzęt biwakowy. Dobrze, że zrobiliśmy to dość szybko, gdyż o 10:00 otrzymaliśmy informację od pracowników ośrodka, że stoliki te są płatne, a wynajęcie kosztuje 10 zł za godzinę. Z lekkim ociąganiem ruszyliśmy z zacienionego miejsca nad jeziorem w upalną drogę do wsi Nowe Grabie, potem Grabie Polskie oraz Troszyn Polski. W tej ostatniej miejscowości zatrzymaliśmy się przy drewnianym kościele p.w. Św. Leonarda z 1636 roku. Mieliśmy szczęście, że kościółek był otwarty. Zajrzeliśmy do środka, a potem w cieniu drzew kontemplowaliśmy uroki tego miejsca. Kolejnym punktem miał być Skansen Osadnictwa Nadwiślańskiego. Skierowaliśmy się na Nowy Wiączemin. W tej okolicy krajobraz wypełniały rozległe pola i łąki, gdzie niegdzie porośnięte równymi szpalerami drzew. Wkroczyliśmy na teren rozlewisk Wisły. Od rzeki oraz jej ślepych odnóg odgradzał nas wał przeciwpowodziowy z polną drogą na szczycie. Po pewnej chwili w tej rozległej przestrzeni wyrosła wieża kościoła - oznaka naszego skansenu. W tym czasie wejście do obiektu było bezpłatne, w ramach dotacji unijnych. Na miejscu przywitał nas sympatyczny przewodnik, który zaprowadził nas do budynku szkoły oraz wnętrza ewangelickiego kościoła. Były to jedyne budynki, które stały na swoich miejscach od stuleci. Pozostałe zostały przeniesione z różnych nadwiślańskich miejscowości. Było więc zwiedzanie meonnickich domostw i zagród. W każdej z chat, obór i stodół sympatyczne panie opowiadały o życiu dawnych mieszkańców tego regionu. Na koniec przeszliśmy się zacienionymi alejkami malutkiego, meonnickiego cmentarza, przypatrując się brzmiącym niemiecko nazwiskom, wyrytym na kamiennych nagrobkach.
Ze skansenu kierowaliśmy się przez Władysławowo do miejscowości Iłów. Tu zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej, by chwilę odpocząć od upału. Do następnego przystanku w Rybnie jechaliśmy mało ruchliwymi drogami wśród rozległych sadów jabłoni. Na mapie zaciekawiło mnie zdjęcie budynku Państwowego Muzeum Archeologicznego, mieszczącego się w pałacu. Obiekt powstał na początku XIX wieku dla rodziny Łączyńskich, którzy gospodarowali majątkiem od połowy XVIII stulecia. Przed 1859 rokiem rezydencja została gruntownie odrestaurowana z okazji ślubu następnego właściciela, Karola Zabłockiego z Marią z Kaczorowskich. Obecnie jest to Ośrodek Magazynowo-Studyjny Muzeum Arechologicznego w Warszawie i niestety niedostępny dla zwiedzających. Mimo pogawędki z miłym ochroniarzem, nie udało się nam wejść na teren ośrodka. Znowu trochę rozczarowani ruszyliśmy w kierunku wsi Zdżarów. Tu zatrzymaliśmy się na lody w Pizzerii Calzone, a stąd już szybko dotarliśmy do na stację PKP Sochaczew.